300gospodarka
Latest articles(595 total)
Litr oleju po frytkach to 123 ładowania telefonu. A większość Polaków wciąż go marnuje Litr zużytego oleju spożywczego może po przetworzeniu na biopaliwo dostarczyć około 2,7 kWh energii elektrycznej. Według wyliczeń projektu Olejomaty wystarczyłoby to na około 123 pełne ładowania iPhone'a 16, już po uwzględnieniu strat przy produkcji prądu i ładowaniu baterii. Tymczasem ponad połowa Polaków nadal wylewa taki tłuszcz do kanalizacji albo wyrzuca go do śmieci. Porównanie z telefonem ma przede wszystkim pokazać potencjał energetyczny czegoś, co po smażeniu zwykle traktujemy jak bezwartościowy odpad. 250 ml to około 31 ładowań Olejomaty przyjęły w obliczeniach energię potrzebną do pełnego naładowania iPhone'a 16 oraz straty występujące po drodze – podczas pracy agregatu prądotwórczego i samego ładowania baterii. Przy takich założeniach litr zużytego tłuszczu odpowiada około 123 pełnym ładowaniom telefonu. To mniej więcej cztery miesiące codziennego ładowania. Nawet ćwierć litra daje już obraz skali: według wyliczeń energia uzyskana z biopaliwa wyprodukowanego z 250 ml oleju wystarczyłaby na około 31 pełnych ładowań. – Po smażeniu zwykle zastanawiamy się, co zrobić ze zużytym olejem. Rzadziej myślimy o jego wartości jako surowca do produkcji biopaliw. Przeliczenie na ładowania telefonu pokazuje, ile energii można jeszcze z niego uzyskać. Nie trzeba zbierać dużych ilości jednorazowo. Wystarczy regularnie zbierać olej pozostały po przygotowywaniu posiłków, aby z niewielkich porcji stopniowo napełnić butelkę i przekazać ją do recyklingu – mówi Małgorzata Rdest, inicjatorka projektu Olejomaty i wiceprezes zarządu EMKA S.A. Olej w zlewie może zapchać rury Problem widać już na etapie pozbywania się tłuszczu po smażeniu. Z badania Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna przeprowadzonego na zlecenie projektu Olejomaty wynika, że tylko 27 proc. Polaków wie, jak prawidłowo zagospodarować zużyty olej spożywczy. Ponad połowa respondentów wylewa go do kanalizacji albo wyrzuca do śmieci. A wylewanie tłuszczu do zlewu może skończyć się kosztownym problemem. Olej osadza się w rurach i sprzyja powstawaniu zatorów, które później trzeba usuwać. Jednocześnie w ten sposób znika surowiec, który po odpowiednim przetworzeniu może ponownie wejść do obiegu. Zużyty olej z gospodarstwa domowego można oddać m.in. do części PSZOK-ów, czyli Punktów Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych, oraz innych lokalnych punktów zbiórki. Przed wyjściem najlepiej sprawdzić zasady w swojej gminie, bo nie każdy punkt przyjmuje tłuszcze spożywcze i mogą obowiązywać różne wymagania dotyczące opakowania. Olejomaty mają już 129 urządzeń Alternatywą są specjalne Olejomaty. Użytkownik pobiera z urządzenia bezpłatną, szczelną butelkę, stopniowo napełnia ją zużytym tłuszczem, a później oddaje pełne opakowanie do maszyny. System weryfikuje zawartość, a użytkownik otrzymuje punkty, które można wymienić na nagrody. Pierwsze takie urządzenia pojawiły się w 2024 r. Obecnie sieć obejmuje 129 Olejomatów w Polsce. W programie uczestniczy też 528 szkół, a użytkownikom wydano dotychczas 93 601 butelek przeznaczonych do zbierania zużytego oleju. Z badania Ariadny wynika, że największą zachętą do oddawania tłuszczu byłaby dostępność punktu w pobliżu domu lub codziennej trasy – wskazało ją 71 proc. respondentów. Dla 41 proc. znaczenie miałaby wygodna forma zbiórki, a dla 34 proc. drobna nagroda. – Mieszkańcy potrzebują dostępu do prostych i wygodnych narzędzi, z których mogą korzystać przy okazji codziennych spraw. W naszym badaniu 71 proc. respondentów wskazało, że do oddawania zużytego oleju skłoniłaby ich bliskość punktu odbioru, 41 proc. wymieniło wygodną formę zbiórki, a 34 proc. drobną nagrodę za zaangażowanie. Możliwość oddania pełnej butelki po drodze do sklepu czy pracy ułatwia regularną zbiórkę – dodaje Małgorzata Rdest. Z frytkownicy do produkcji biopaliwa Pełna butelka nie trafia bezpośrednio do baku ani do generatora. Po odebraniu olej jest oczyszczany i przekazywany do dalszego przetwarzania. Dopiero wtedy może stać się surowcem do produkcji biopaliwa. – Właśnie tego etapu dotyczą obliczenia z iPhonem: punktem wyjścia jest zużyty olej, lecz prąd w przyjętym modelu powstaje z wyprodukowanego z niego biopaliwa. Oddanie oleju do zbiórki umożliwia przekazanie go do takiego wykorzystania i daje mu drugie życie – wyjaśnia Małgorzata Rdest. Przeczytaj także: Rachunki rosną, ale 30 lat temu bolały jeszcze bardziej. Energetyczny paradoks Polski Artykuł Litr oleju po frytkach to 123 ładowania telefonu. A większość Polaków wciąż go marnuje pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Warszawa nie zawsze płaci najlepiej. W produkcji różnice sięgają tysięcy złotych Firmy produkcyjne ostrożniej zwiększają zatrudnienie, ale nadal mocno konkurują o specjalistów technicznych. Największy popyt utrzymuje się m.in. w kontroli jakości i utrzymaniu ruchu, a różnice płac między stanowiskami i regionami sięgają kilku tysięcy złotych miesięcznie. Z raportu Gi Group wynika, że automatyk w Trójmieście może zarobić do 12,1 tys. zł brutto wynagrodzenia zasadniczego, a kierownik zmiany w Katowicach do 12,6 tys. zł. Przemysł nadal ma duże znaczenie dla polskiej gospodarki. W 2025 r. przetwórstwo przemysłowe odpowiadało za 14,9 proc. PKB. Jednocześnie przedsiębiorcy we wrześniu negatywnie oceniali koniunkturę, a wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury wyniósł -5,8. Na firmy naciskają m.in. ceny energii i paliw, koszty pracy oraz komponentów i usług. Jednocześnie pracodawcy nadal zmagają się z niedoborem kandydatów, rotacją i absencjami. 96 proc. badanych firm produkcyjnych i logistycznych deklaruje, że braki kadrowe zwiększają obciążenie obecnych pracowników, a 55 proc. ogranicza przez to możliwość przyjmowania nowych zamówień lub zwiększania skali działalności. Popyt nie znika, ale się zmienia Na koniec II kwartału 2026 r. przetwórstwo przemysłowe miało 24,7 tys. wolnych miejsc pracy, najwięcej spośród wszystkich sekcji gospodarki. To o 2,7 tys. więcej niż rok wcześniej. Firmy szukały przede wszystkim pracowników bezpośrednio związanych z produkcją. Robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy odpowiadali za 38,3 proc. wakatów, a operatorzy i monterzy maszyn za 28,6 proc. Łącznie obie grupy stanowiły 66,9 proc. nieobsadzonych stanowisk w przetwórstwie. Największy bieżący popyt widać w kontroli jakości, utrzymaniu ruchu oraz obsłudze produkcji. Niższy popyt dotyczy zarządzania produkcją oraz prac inżynieryjnych i technicznych. W tych obszarach zapotrzebowanie osłabło również względem marca 2024 r. – Coraz częściej poszukiwani są pracownicy, którzy łączą wiedzę z kilku dziedzin. Przykładowo od specjalisty utrzymania ruchu oczekuje się nie tylko znajomości mechaniki, ale także elektrotechniki i podstaw automatyki. Podobnie w kontroli jakości rośnie znaczenie umiejętności analizy danych i obsługi systemów informatycznych. Dla pracowników oznacza to konieczność poszerzania kwalifikacji, a dla pracodawców większe znaczenie szkoleń i rozwoju własnych zespołów – komentuje Danuta Protasewicz z Grafton Recruitment. Specjalizacja mocno podbija pensję Przeciętne wynagrodzenie w przetwórstwie przemysłowym wyniosło w sierpniu 8780,98 zł brutto miesięcznie. To o 5,5 proc. więcej niż rok wcześniej, ale nadal mniej niż średnia w całym sektorze przedsiębiorstw, która sięgnęła 9259,54 zł brutto. Różnice między stanowiskami są jednak duże. W Warszawie niewykwalifikowany pracownik produkcji może liczyć na 5300-5850 zł brutto, operator produkcji na 5850-7000 zł, a operator CNC na 6700-8200 zł. Znacznie wyżej wyceniane są kompetencje związane z utrzymaniem ruchu i automatyzacją. Technik utrzymania ruchu w Warszawie może zarobić 8900-10300 zł brutto, automatyk 9900-11700 zł, a kierownik zmiany 9500-11200 zł. – Wynagrodzenia pracowników produkcji coraz wyraźniej odzwierciedlają stopień specjalizacji i samodzielności. Inne są wymagania wobec osoby wykonującej powtarzalne czynności przy linii produkcyjnej, a inne wobec pracownika, który odpowiada za ustawienie maszyn, diagnostykę czy usuwanie awarii. Dla firm istotne jest doświadczenie w konkretnym środowisku produkcyjnym, tym bardziej że wdrożenie nowej osoby na stanowisku technicznym może wymagać znacznie więcej czasu – mówi Agnieszka Żak, dyrektor ds. kluczowych klientów Gi Group. Warszawa nie zawsze płaci najlepiej Najwyższych stawek nie zawsze trzeba szukać w stolicy. W Trójmieście operator produkcji może zarobić 6600-7600 zł brutto, a automatyk 9900-12100 zł. Elektromechanik lub technik utrzymania ruchu może tam liczyć na 8900-11300 zł. Jeszcze wyższe górne widełki pojawiają się na Górnym Śląsku. W Katowicach kierownik zmiany może zarobić 10500-12600 zł brutto. Ślusarz narzędziowy oraz konstruktor i technolog mogą dojść do 12400 zł. Różnice widać nawet między miastami tego samego województwa. Automatyk we Wrocławiu może otrzymać 9400-11700 zł brutto, podczas gdy w Wałbrzychu 7900-8900 zł. Górne widełki różnią się więc o 2800 zł miesięcznie. Podobnie wygląda sytuacja w Wielkopolsce. Kierownik zmiany w Poznaniu może zarobić do 11200 zł brutto, a w Gnieźnie do 9000 zł. Region może zmienić pensję o tysiące Różnice nie dotyczą wyłącznie stanowisk kierowniczych. Operator CNC w Opolu może zarobić do 8200 zł brutto, czyli tyle samo, ile w Warszawie. W Gorzowie Wielkopolskim górna granica wynosi 6300 zł, a w Białymstoku 7000 zł. Podobnie jest w kontroli jakości. W Trójmieście kontroler jakości może liczyć na 6600-9600 zł brutto, w Warszawie na 7000-8600 zł, a w Częstochowie na 5500-5700 zł. Na wynagrodzenie wpływają także doświadczenie, konkretne uprawnienia, znajomość określonych maszyn i poziom samodzielności. Do pensji podstawowej dochodzą premie, które również mocno różnią się między stanowiskami i regionami. W Warszawie operator CNC może dostać dodatkowo 500-1100 zł brutto miesięcznie, a automatyk 700-1600 zł. W Trójmieście premia automatyka może sięgnąć 1700 zł, a w Katowicach kierownik zmiany może dostać nawet 2200 zł. Sama pensja już nie wystarcza Wysokość wynagrodzenia nadal silnie wpływa na decyzję o zmianie pracy, ale kandydaci patrzą szerzej niż tylko na podstawę. Liczą się premie, ale też i organizacja pracy, jakość zarządzania, atmosfera, terminowość wypłat i przewidywalność zatrudnienia. Przy dwóch podobnych stawkach o wyborze pracodawcy mogą zdecydować więc warunki organizacyjne albo krótsza droga do zakładu. – Wynagrodzenie pozostaje jednym z najważniejszych czynników decydujących o podjęciu pracy. Jednak sama wysokość stawki nie przesądza jeszcze o rzeczywistej atrakcyjności oferty. Kandydaci coraz częściej biorą pod uwagę nie tylko stawkę podstawową, ale również realną wysokość miesięcznych zarobków, system premiowy, liczbę dostępnych godzin, dodatki zmianowe, koszty dojazdu oraz stabilność zatrudnienia – wyjaśnia Agnieszka Żak. Ostrożność dziś, braki jutro Bieżące rekrutacje są bardziej selektywne, ale w dłuższej perspektywie przemysł może mieć znacznie większy problem z dostępnością pracowników. Z symulacji Polskiego Instytutu Ekonomicznego przytoczonej w raporcie wynika, że przy utrzymaniu obecnych trendów demograficznych liczba pracujących w przemyśle może do 2035 r. zmniejszyć się o około 11 proc., czyli o blisko 400 tys. osób netto. To nie jest prognoza liczby wakatów, lecz scenariusz wynikający ze zmian demograficznych. Jednocześnie automatyzacja zwiększa wymagania wobec osób, które w zakładach zostaną. Potrzebni będą pracownicy zdolni obsługiwać i diagnozować urządzenia, programować maszyny, kontrolować jakość oraz usprawniać procesy. Firmy, które dziś ograniczają rekrutację, muszą więc uważać, by nie stracić kompetencji trudnych do odbudowania później. Ostrożność kosztowa może być uzasadniona słabszą koniunkturą, ale niedobór doświadczonych specjalistów technicznych może w kolejnych latach utrudnić zwiększanie produkcji i realizację nowych zamówień. Raport Gi Group "Rynek pracy i wynagrodzenia w produkcji i logistyce. Stanowiska niższego i średniego szczebla" powstał na podstawie danych GUS, analizy ogłoszeń o pracę oraz informacji o wynagrodzeniach zebranych w sierpniu 2026 r. Uwzględnia także badanie 100 firm z branż produkcyjnych, magazynowych, logistycznych i dystrybucyjnych. Polecamy także: Małe zakupy, duża zmiana. BNPL wychowuje nowych kredytobiorców Artykuł Warszawa nie zawsze płaci najlepiej. W produkcji różnice sięgają tysięcy złotych pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Blisko 60 proc. konsumentów sprawdza skład żywności. Producentom ufamy mniej niż bliskim Blisko 60 proc. Polaków zwraca uwagę na tzw. czysty skład żywności, ale producenci nie należą do źródeł, którym konsumenci ufają najbardziej. Wyżej plasują się rodzina i znajomi, naukowcy oraz dietetycy. Młodsi kupujący częściej niż starsi sprawdzają informacje o produktach także za pomocą sztucznej inteligencji. Takie wnioski można wyciągnąć z raportu PRCN "Clean food po polsku". "Czysty skład" nie ma przy tym jednej definicji. Dla 32 proc. badanych oznacza przede wszystkim brak sztucznych dodatków, takich jak konserwanty, barwniki czy aromaty. 29 proc. kojarzy go z naturalnymi składnikami, a 25 proc. z niskim stopniem przetworzenia. Kolejne 22-24 proc. respondentów zwraca uwagę m.in. na brak pestycydów i niepożądanych substancji, brak GMO oraz prostą i zrozumiałą listę składników. Z żywnością ekologiczną lub BIO clean food utożsamia natomiast tylko 13,4 proc. badanych. Krótszy skład nie zawsze znaczy lepszy Popularność prostych etykiet może jednak prowadzić do zbyt daleko idących uproszczeń. Sama liczba składników nie przesądza jeszcze o tym, czy produkt ma dobrą wartość odżywczą. – Jednym z największych nieporozumień wokół clean food jest przekonanie, że im krótszy skład, tym zdrowszy produkt. Tymczasem cukier też jest naturalny, a produkt złożony z trzech składników może mieć gorszą wartość odżywczą niż ten, który zawiera ich dziesięć. Wyniki badania PRCN pokazują, że Polacy szukają przede wszystkim naturalności i braku sztucznych dodatków. Warto jednak pamiętać, że o wartości żywieniowej produktu nie decyduje liczba składników ani ich znajomo brzmiące nazwy, lecz jego rzeczywisty skład odżywczy i miejsce w całej diecie – mówi dr Hanna Stolińska, dietetyk kliniczny. Podobnie ocenia sprawę prof. dr hab. Krystyna Gutkowska, dziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu SGGW. Jej zdaniem samo hasło "czysty skład" nie wystarcza do oceny jakości żywności. Konsument powinien czytać etykietę szerzej: sprawdzać zarówno skład, jak i wartość odżywczą oraz rolę danego produktu w całej diecie. Clean food także w dyskontach Produkty z prostym składem nie są poszukiwane wyłącznie w sklepach ze zdrową żywnością. Najwięcej badanych, którzy zwracają uwagę na ten aspekt, wskazuje targowiska, bazary i lokalne rynki – 41 proc. Na drugim miejscu są dyskonty, wybierane przez 32,9 proc. respondentów. Bezpośrednio u lokalnych producentów i rolników kupuje 32,2 proc., a w supermarketach i hipermarketach takich produktów szuka 32 proc. badanych. Dane pokazują więc, że wymagania dotyczące składu weszły do zwykłych zakupów spożywczych. Konsument może szukać podobnych cech produktu zarówno na bazarze, jak i podczas cotygodniowych zakupów w dyskoncie. – Targowiska i bazary pozostają ważnym miejscem poszukiwania produktów z czystym składem, ale konsumenci zwracają uwagę na ten aspekt również podczas codziennych zakupów w dyskontach i supermarketach. Oczekiwania dotyczące składu żywności nie są więc związane wyłącznie z konkretnym kanałem sprzedaży. Stają się częścią codziennych decyzji zakupowych i dotyczą produktów dostępnych w różnych formatach handlu – mówi Maciej Ptaszyński, prezes Polskiej Izby Handlu. Producent wiarygodnością przegrywa z rodziną i ekspertem Największym problemem dla branży może być zaufanie. Tylko 15,2 proc. Polaków wskazuje producentów żywności jako jedno z najbardziej wiarygodnych źródeł informacji o zdrowym odżywianiu. Wyżej są rodzina i znajomi z wynikiem 24,5 proc., naukowcy i eksperci – 22 proc. – oraz dietetycy, którym ufa co piąty respondent. Konsumenci sprawdzają też informacje poza opakowaniem. 18 proc. sięga po opinie innych kupujących, 17 proc. korzysta z Google, a po 15 proc. wybiera artykuły ekspertów albo aplikacje analizujące skład. Strony internetowe samych producentów wskazuje 13 proc. badanych. – W przypadku żywności komunikacja nie może ograniczać się do deklaracji na opakowaniu czy hasła "czysty skład". Marki muszą umieć wyjaśnić konsumentom, co stoi za tym określeniem, i przekładać informacje o produkcie na zrozumiały, wiarygodny przekaz. To szczególnie ważne w czasach, gdy konsumenci weryfikują informacje w wielu źródłach – od opinii innych użytkowników, przez ekspertów, po wyszukiwarki i narzędzia AI – mówi Iwona Kubicz, Managing Director PRCN. Nowym elementem zakupowej weryfikacji jest AI. W grupie osób w wieku 18-24 lat 19,7 proc. respondentów korzysta z narzędzi sztucznej inteligencji, aby zdobywać informacje o produktach. Wśród osób po 50. roku życia robi to 8,6 proc. Producenci muszą liczyć się z tym, że ich przekaz zostanie sprawdzony także poza tradycyjnymi źródłami informacji. To zmienia ich pozycję. Firma może zaprojektować etykietę i własną stronę internetową, ale klient porówna przekaz z opiniami innych ludzi, tekstami specjalistów oraz zewnętrznymi narzędziami. Producenci powinni więc dbać o to, by opis produktu był zrozumiały i spójny z informacjami, które konsument znajdzie w innych kanałach. Zdrowe jedzenie też może stresować Raport opisuje również ciemniejszą stronę zainteresowania składem. 35 proc. badanych uważa, że troska o zdrowe odżywianie zaczyna być problemem wtedy, gdy jedzenie wywołuje stres i napięcie zamiast przyjemności. 27 proc. respondentów za sygnały ostrzegawcze uznaje m.in. natrętne myśli, poczucie winy po zjedzeniu "niezdrowego" produktu albo podporządkowanie codziennego życia czytaniu etykiet. – Problem zaczyna się nie wtedy, gdy czytamy etykiety, ale gdy jedzeniu zaczynają towarzyszyć lęk i poczucie winy. Jeżeli poszukiwanie idealnego składu prowadzi do stresu, rezygnacji ze spotkań z bliskimi czy eliminowania kolejnych produktów, troska o zdrowie zaczyna działać przeciwko nam. Zdrowe odżywianie powinno poprawiać jakość życia, a nie je ograniczać – mówi dr Hanna Stolińska. Raport "Clean food po polsku. Co dla Polaków oznacza czysty skład i czego oczekują od producentów żywności?" powstał na podstawie badania SW Research. Przeprowadzono je w dniach 21-23 września 2026 r. na reprezentatywnej grupie 865 dorosłych Polaków. Przeczytaj także: Inflacja zaskoczyła w dół. Stopy raczej bez zmian, ale ryzyka rosną Trzy razy więcej zakupów w sześć lat. Polacy rozgościli się na hiszpańskim rynku nieruchomości Rachunki rosną, ale 30 lat temu bolały jeszcze bardziej. Energetyczny paradoks Polski Artykuł Blisko 60 proc. konsumentów sprawdza skład żywności. Producentom ufamy mniej niż bliskim pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Małe zakupy, duża zmiana. BNPL wychowuje nowych kredytobiorców Zakup za kilkadziesiąt złotych z płatnością przesuniętą na później może być pierwszym krokiem na rynku kredytowym. W 2025 roku Polacy wykonali 78 mln transakcji BNPL, a ponad 4 na 10 osób debiutujących w ten sposób miało najwyżej 24 lata. Ponad połowa z nich później sięga po inne formy finansowania. 78 mln odroczonych płatności w rok Płatności odroczone w schemacie "kup teraz, zapłać później" (BNPL) w ciągu trzech lat wyewoluowały w ugruntowany, rosnący w dwucyfrowym tempie segment rynku kredytowego – wynika z raportu BIK. W 2025 r. nowa sprzedaż w tym kanale wzrosła rok do roku o 32,3 proc., a podczas dwunastu miesięcy polscy konsumenci dokonali 78 mln takich transakcji. Na koniec 2025 r. 1,7 mln klientów posiadało czynne umowy BNPL o łącznym zadłużeniu z tego tytułu w wysokości 1,08 mld zł. W ujęciu historycznym, od początku pomiaru tego rozwiązania przez BIK w 2023 r., z odroczonych płatności skorzystało już 3,3 mln Polaków, generując łącznie 176 mln transakcji. Instrumenty BNPL pełnią specyficzną funkcję na rynku finansowym, służąc niemal wyłącznie do krótkoterminowego odkładania wydatków konsumenckich o niskiej wartości. Aż 98,2 proc. udzielonych w ten sposób płatności opiewało w ostatnim roku na kwoty do 1000 zł. Przy tym ponad połowa z nich (52,3 proc.) nie przekraczała wartości 100 zł. Ten model różni się od tradycyjnych kredytów ratalnych, w których finansowanie poniżej 1000 zł ma zaledwie 8,6 proc. udziału w wartości sprzedaży. Z punktu widzenia budżetów domowych, Polacy deklarują wykorzystanie tego mechanizmu najczęściej przy zakupach odzieży (22 proc. badanych) oraz elektroniki i sprzętu RTV (po 20 proc.), ceniąc przede wszystkim możliwość opóźnienia terminu płatności za zakupy. BNPL wprowadza młodych na rynek kredytowy Odroczone płatności stały się kanałem pozyskania konsumentów do oficjalnego systemu kredytowego w Polsce. Baza klientów indywidualnych, którzy aktywnie korzystają z tradycyjnych kredytów, stale maleje. Osoby debiutujące za pomocą BNPL stanowiły w 2025 r. aż 20,5 proc. wszystkich nowych klientów. Ustępowały wielkością jedynie grupie sięgającej po zwykłe raty. Co kluczowe z perspektywy demografii, aż 41,5 proc. tej grupy stanowią osoby do 24. roku życia. Dla nich BNPL był pierwszym kontaktem z długiem. Taki debiut często otwiera drogę do szerszej obecności na rynku finansowym. 54 proc. klientów zaczynających od BNPL sięga później po inne formy kredytowania, wybierając najczęściej klasyczne kredyty ratalne (75,1 proc.) lub pożyczki ratalne (61,1 proc.). Większość spłaca bez odsetek Klienci korzystający z odroczonych płatności charakteryzują się wysoką dyscypliną płatniczą, co w dłuższej perspektywie ułatwia im budowanie pozytywnej historii kredytowej. Aż 75,6 proc. transakcji w 2025 r. zostało spłaconych w okresie bezodsetkowym. Z analiz wynika, że niespełna 1 proc. użytkowników BNPL notuje opóźnienia w spłacie przekraczające 30 dni, co stanowi wynik zauważalnie lepszy niż w przypadku jakiegokolwiek innego produktu kredytowego czy pożyczkowego. Terminowe regulowanie tych drobnych, ale licznych zobowiązań jest odnotowywane w bazach informacji kredytowej. W efekcie osoby z krótkim stażem na rynku kredytowym mogą stopniowo udowadniać swoją rzetelność przed instytucjami finansowymi. Wygoda BNPL ma też drugą stronę Rosnący udział transakcji BNPL w cyfrowej gospodarce modyfikuje relacje konsumentów z długiem i oszczędnościami. Traktowanie odroczonych płatności jedynie jako zintegrowanej funkcji koszyka zakupowego może zniekształcać postrzeganie realnego obciążenia finansowego. Instrument ten pozwala wprawdzie chronić bieżące oszczędności przed nagłymi wydatkami oraz optymalizować płatności za zakupy online. Trzeba jednak pamiętać, że brak kontroli nad wieloma drobnymi limitami łatwo prowadzi do kumulacji zobowiązań. Ostateczny wpływ BNPL na stabilność budżetów domowych zależy od zdolności konsumentów do utrzymania dyscypliny w spłatach. Polecamy również: Co trzeci Polak boi się kradzieży tożsamości, a niemal połowa zna cyberbezpieczeństwo tylko powierzchownie Wolnego wciąż za mało. Niektórzy pracownicy sięgają po ryzykowne sposoby 4 na 10 lekarzy ma co najmniej 55 lat. Luka kadrowa niby maleje, ale nadal jest ogromnym problemem Artykuł Małe zakupy, duża zmiana. BNPL wychowuje nowych kredytobiorców pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Wolnego wciąż za mało. Niektórzy pracownicy sięgają po ryzykowne sposoby 43 proc. pracujących Polaków byłoby skłonnych zgodzić się na niższą pensję w zamian za dodatkowe dni wolne. Jednocześnie niemal połowa badanych uważa, że obecna liczba dni wolnych od pracy jest niewystarczająca. Część pracowników sięga nawet po ryzykowne sposoby na przedłużenie wypoczynku – od tzw. quiet vacation po wykorzystywanie zwolnienia lekarskiego niezgodnie z przeznaczeniem. Tak wynika z badania InterviewMe przeprowadzonego wśród 750 zatrudnionych. Kalendarz w 2026 r. nie zawsze sprzyja planowaniu dłuższego odpoczynku. Gdy święto przypada w niedzielę, pracodawca nie musi oddawać za nie dodatkowego dnia wolnego. W tym roku dotyczy to 3 maja oraz 1 listopada. Od 2025 r. dniem ustawowo wolnym od pracy jest również Wigilia. Mimo tego 49 proc. respondentów nadal uważa, że wolnego jest za mało. W tej grupie 33 proc. mówi o zdecydowanie niewystarczającej liczbie dni, a 16 proc. ocenia ją jako raczej zbyt małą. Pozostałe 51 proc. jest zadowolone z obecnego wymiaru. Mniej pensji za więcej wolnego Najmocniej o wartości odpoczynku mówi odpowiedź dotycząca wynagrodzenia. 43 proc. badanych zgodziłoby się zarabiać mniej, jeśli w zamian dostałoby więcej wolnego. Większość tej grupy nie zaakceptowałaby jednak dużego cięcia pensji. 32 proc. wszystkich respondentów byłoby skłonnych zrezygnować z maksymalnie 5 proc. wynagrodzenia. Kolejne 11 proc. oddałoby więcej niż 5 proc. pensji. – Wyniki naszego badania pokazują, że dla wielu zatrudnionych dodatkowy czas wolny naprawdę ma sporą wartość. Nie oznacza to jednak, że wszyscy chcą pracować mniej na tych samych zasadach. Kluczowa jest możliwość wyboru i dopasowanie organizacji pracy do sytuacji życiowej pracowników. To ważna wskazówka dla firm: dziś konkurencyjność na rynku pracy buduje się nie tylko wynagrodzeniem, lecz także tym, czy praca pozwala zachować równowagę między życiem zawodowym a prywatnym – mówi Żaneta Spadło, ekspertka kariery InterviewMe. Większość ankietowanych nie chce jednak wymieniać pieniędzy na odpoczynek. 57 proc. nie zrezygnowałoby z części zarobków w zamian za dodatkowy czas wolny. 40 proc. woli zachować obecną pensję i obecny wymiar wolnego, a 17 proc. byłoby gotowych pracować więcej, jeśli wiązałoby się to z podwyżką. Długi weekend? Nie każdy wybiera urlop Badanie sprawdziło też, jak pracownicy planują okres wokół 11 listopada, który w 2026 r. przypada w środę. Dla części osób to okazja do stworzenia długiego weekendu, ale nie wszyscy zamierzają brać urlop. 41 proc. badanych planuje pracować jak w tym okołoświątecznym czasie jak w zwykły dzień roboczy. Kolejne 13 proc. przyznaje, że pójdzie do pracy, ale spodziewa się bardzo niskiej efektywności. Na oficjalny urlop wypoczynkowy zdecyduje się 37 proc. respondentów. Pozostałe 9 proc. deklaruje, że skorzysta z rozwiązań, które autorzy badania określają jako "nie do końca legalne". Chodzi m.in. o pracę zdalną z miejsca wyjazdu, określaną jako quiet vacation, albo korzystanie z "lewego" zwolnienia lekarskiego. Takie rozwiązania mogą skończyć się konsekwencjami służbowymi. Nadużycie zaufania pracodawcy albo wykorzystanie L4 niezgodnie z przeznaczeniem może skutkować naganą, a w skrajnych przypadkach nawet zwolnieniem dyscyplinarnym. Wolne głównie dla rodziny i głowy Rozkład odpowiedzi pokazuje, że dodatkowy urlop dla wielu osób nie jest czasem na kolejny wyjazd. Gdyby pracownicy dostali dodatkowe dni wolne, najczęściej przeznaczyliby je na bliskich. Aż jedna trzecia respondentów wybrałoby czas z dziećmi i rodziną. Podróże, pasje oraz zainteresowania wskazało 24 proc. badanych. Niewiele mniej, 23 proc., wykorzystałoby dodatkowe wolne na regenerację psychiczną. Dla 13 proc. byłby to czas na odpoczynek fizyczny i odespanie, a 7 proc. osób przeznaczyłoby go na sprawy domowe lub urzędowe. Wolne staje się częścią oferty pracy W wynikach badania widać też szerszą zmianę w podejściu do warunków zatrudnienia. Wynagrodzenie nadal ma duże znaczenie, ale część pracowników jest gotowa oddać kawałek pensji w zamian za większą swobodę w dysponowaniu własnym czasem. Dla pracodawców może to być sygnał, że pozapłacowe elementy oferty pracy nie sprowadzają się już do pakietów benefitów. Dodatkowe dni wolne, elastyczna organizacja czasu czy możliwość łatwiejszego łączenia pracy z życiem prywatnym mogą mieć dla części zatrudnionych wymierną wartość. Różnica przebiega między osobami, które inaczej wyceniają swój czas. Jeśli część pracowników szuka sposobów na wydłużenie wolnego poza formalnymi zasadami, dla firm może to być sygnał, że sama liczba ustawowych dni wolnych nie kończy dyskusji o organizacji pracy. Polecamy również: Co trzeci Polak boi się kradzieży tożsamości, a niemal połowa zna cyberbezpieczeństwo tylko powierzchownie Europa wciąż ma tysiące kilometrów torów bez trakcji. PESA chce ominąć ten problem Odrabianie lekcji przy kuchennym stole to rzeczywistość dla co trzeciego lokatora mieszkań Artykuł Wolnego wciąż za mało. Niektórzy pracownicy sięgają po ryzykowne sposoby pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Co trzeci Polak boi się kradzieży tożsamości, a niemal połowa zna cyberbezpieczeństwo tylko powierzchownie Aż jedna trzecia Polaków obawia się kradzieży tożsamości w mediach społecznościowych. Niewiele mniej, bo 32 proc., za jedno z najpoważniejszych zagrożeń uważa próby wyłudzenia danych lub pieniędzy. Jednocześnie 21 proc. badanych zetknęło się w ostatnim roku osobiście lub w swoim otoczeniu z przejęciem konta w social mediach – wynika z raportu "Cyberbezpieczny Portfel 2026" przygotowanego przez Fundację Warszawski Instytut Bankowości. Obawy Polaków nie ograniczają się do pieniędzy i danych osobowych. 28 proc. respondentów niepokoją ataki hakerskie na instytucje publiczne, a 27 proc. wskazuje dezinformację w internecie. Phishingu, czyli oszustwa polegającego na podszywaniu się pod zaufaną osobę lub instytucję w celu wyłudzenia danych albo pieniędzy, obawia się 32 proc. uczestników badania. Prób wyłudzenia poufnych informacji lub pieniędzy doświadczyło 18 proc. respondentów Banki na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o ochronę pieniędzy W ochronie finansów online Polacy najczęściej liczą na banki. 38 proc. badanych uznało je za podmioty, które w największym stopniu dbają o rozwój narzędzi i systemów chroniących użytkowników przed cyberzagrożeniami. Jednocześnie 23 proc. respondentów uważa, że odpowiedzialność za bezpieczeństwo usług finansowych online spoczywa także na nich samych. To o 2 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. – Na trzecim miejscu wśród podmiotów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo usług finansowych online respondenci wskazali samych siebie. Taką odpowiedź wybrało 23% badanych, o 2 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Wynik ten pokazuje, że rośnie świadomość znaczenia własnych decyzji w ochronie przed cyberzagrożeniami. Polacy dostrzegają również rolę innych podmiotów, w tym państwa i firm technologicznych. Choć banki nadal są postrzegane jako główny filar cyberbezpieczeństwa, coraz wyraźniej widać, że skuteczna ochrona finansów w sieci wymaga wspólnej odpowiedzialności instytucji i klientów – mówi dr Michał Polak, wiceprezes zarządu Fundacji Warszawski Instytut Bankowości. Bezpiecznie, ale trochę mniej niż rok temu Większość badanych nie czuje się w internecie całkowicie bezbronna. 59 proc. deklaruje, że w cyfrowym świecie czuje się dość bezpiecznie. To jednak o 3 pkt proc. mniej niż rok wcześniej. Bardzo wysokie poczucie bezpieczeństwa ma zaledwie 8 proc. respondentów. W codziennym korzystaniu z internetu Polacy najczęściej trzymają się podstawowych zasad ostrożności. 61 proc. nie udostępnia haseł do bankowości, danych kart płatniczych, numeru PESEL ani innych wrażliwych informacji. Kolejne 58 proc. deklaruje, że nie otwiera załączników i nie klika w linki otrzymane od nieznanych nadawców. 53 proc. sprawdza natomiast adresy nadawców wiadomości e-mail i SMS oraz uważnie czyta ich treść. Rozpoznasz deepfake? Co piąty ma problem Rozwój sztucznej inteligencji dokłada do katalogu zagrożeń fałszywe zdjęcia, nagrania i inne materiały generowane przez AI. Deepfake może posłużyć m.in. do oszustwa finansowego, dyskredytowania konkretnej osoby albo szerzenia fałszywych informacji. 54 proc. badanych deklaruje, że potrafi rozpoznać taki materiał. To o 3 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Ale z drugiej strony 18 proc. respondentów przyznaje, że ma trudności z identyfikacją deepfake'ów, a 12 proc. twierdzi, że w ogóle nie potrafiłoby ich rozpoznać. Dezinformację sprawdzamy, ale nie zawsze zgłaszamy Polacy próbują też chronić się przed fałszywymi informacjami. 36 proc. badanych deklaruje dystans wobec treści publikowanych w mediach społecznościowych, a 35 proc. sprawdza informacje w kilku niezależnych źródłach. 28 proc. czyta całe artykuły zamiast poprzestawać na nagłówkach. Co czwarty respondent nie podejmuje pochopnych decyzji na podstawie przeczytanych treści, a 24 proc. nie udostępnia niesprawdzonych informacji. Znacznie słabiej wygląda aktywne reagowanie na podejrzane materiały. Zaledwie 18 proc. badanych je zgłasza lub blokuje. Wiedza o cyberbezpieczeństwie wciąż powierzchowna Prawie połowa badanych, 48 proc., ocenia swoją wiedzę o bezpieczeństwie w sieci jako jedynie orientacyjną. 31 proc. uważa ją za dość wysoką. Wyniki badania pokazują też, jak Polacy patrzą na edukację cyfrową dzieci i młodzieży. 29 proc. respondentów popiera obowiązkowe zajęcia z tego zakresu w szkołach. Nieco mniej, 27 proc., opowiada się za zakazem korzystania z telefonów na terenie placówek edukacyjnych – to o 3 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Znajomość podstawowych zasad ochrony nie eliminuje obaw przed cyberzagrożeniami. Dlatego obok zabezpieczeń technicznych istotne pozostają edukacja oraz umiejętność rozpoznawania prób oszustwa Raport "Cyberbezpieczny Portfel 2026" powstał na podstawie badania "Postawy Polaków wobec cyberbezpieczeństwa 2026". SW Research przeprowadził je we wrześniu na reprezentatywnej próbie 1001 osób w wieku od 18 lat do 60+. Badanie zleciła Fundacja Warszawski Instytut Bankowości. Polecamy także: 4 na 10 lekarzy ma co najmniej 55 lat. Luka kadrowa niby maleje, ale nadal jest ogromnym problemem AI zmienia nawet zawody "manualne". Polska ma tu konkretny problem Fałsz miesza się z prawdziwymi obawami. Tak dezinformacja wchodzi do debaty o energii Artykuł Co trzeci Polak boi się kradzieży tożsamości, a niemal połowa zna cyberbezpieczeństwo tylko powierzchownie pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
AI zmienia nawet zawody "manualne". Polska ma tu konkretny problem AI nie sprawi, że mechanicy, operatorzy maszyn czy inni pracownicy techniczni przestaną być potrzebni. Problem w tym, że wykonywanie tych samych zawodów będzie wymagało zupełnie innych kompetencji niż jeszcze kilka lat temu. Polska już dziś ma szczególnie duże braki tam, gdzie praktyczna wiedza musi spotkać się z umiejętnościami cyfrowymi – informuje Polski Instytut Ekonomiczny. Maker skills nie znikną przez AI Zawody wymagające praktycznych kompetencji technicznych, tzw. maker skills, odpowiadają za 45,6 proc. globalnego zatrudnienia. To praktyczne umiejętności techniczne związane z budowaniem, wytwarzaniem, instalowaniem, obsługą, utrzymaniem i naprawianiem produktów, urządzeń oraz infrastruktury. Są filarem dla sektora przemysłowego, budownictwa i transportu. Według World Economic Forum czynniki takie jak rozwój AI, energetyki i zaawansowanej produkcji nie wyeliminuje zapotrzebowania na pracowników wykonujących prace właśnie w obszarze maker economy. Nie znaczy to, że nic się nie zmieni; pracownicy z tych sektorów będą musieli sprostać nowym wymaganiom. Praktyczne kompetencje techniczne nadal będą potrzebne, ale muszą iść w parze z kompetencjami cyfrowymi i rozwiązywaniem problemów. Przykładowo pracownik obsługujący maszyny będzie musiał interpretować dane produkcyjne, a mechanik swoją praktyczną wiedzę z cyfrową diagnostyką. To nie znaczy, że rolę tych pracowników przejmą specjaliści IT – zwyczajnie będą musieli nabyć kompetencje w nowych obszarach – przekonuje Polski Instytut Ekonomiczny. Pracownicy techniczni muszą nadrobić cyfrowe braki Dane o polskim rynku pracy są jasne: pracownicy wykazują braki kompetencji dotyczące zarówno wiedzy, jak i umiejętności potrzebnych do jej wykorzystania. W bazie OECD Skills for Jobs wyróżnia się trzy obszary kompetencji: wiedzę (uporządkowana znajomość faktów i zasad w danej dziedzinie), umiejętności (wyuczone sprawności potrzebne do wykonywania zadań) oraz zdolności (względnie trwałe predyspozycje wpływające na sposób wykonywania pracy). W Polsce duży niedobór pracowników występuje m.in. w zakresie wiedzy o komputerach i elektronice, a także umiejętności czytania ze zrozumieniem, aktywnego słuchania i krytycznego myślenia. Niedobór pracowników posiadających wiedzę o komputerach i elektronice w Polsce jest większy niż średnio w UE. Natomiast niedobór pracowników z wiedzą mechaniczną [5] i produkcyjną [6] jest mniejszy. Nie oznacza to automatycznie, że polscy pracownicy techniczni są lepiej przygotowani. Obrazuje raczej, że w Polsce w obszarze maker economy jest silniejsza presja na kompetencje cyfrowe, a słabsza na część klasycznych kompetencji produkcyjnych. Rynek potrzebuje innych umiejętności Problemem polskiego rynku pracy w obszarze maker economy jest nie tyle ogólna liczba pracowników technicznych, ile dopasowanie ich kompetencji do potrzeb pracodawców. Według OECD, duży niedobór występuje wśród specjalistów i techników ICT, podczas gdy liczba operatorów maszyn i urządzeń odpowiada obecnemu popytowi. W grupie robotników obróbki metali i mechaników maszyn występuje nadwyżka pracowników. Zdaniem PIE tak szerokie kategorie mogą maskować lokalne braki i deficytowe specjalizacje, ale pokazują, że polityka kompetencyjna powinna łączyć zwiększanie podaży pracowników w deficytowych zawodach z podnoszeniem kwalifikacji osób już pracujących. Uzupełnianie kwalifikacji wymaga szkoleń powiązanych z rzeczywistymi zadaniami wykonywanymi w pracy. Według CEDEFOP, około połowa pracowników w UE nie uczestniczyła w szkoleniach organizowanych przez pracodawcę w ostatnich dwunastu miesiącach. ALe nie tylko kursy podwyższają kompetencje. Pracodawcy również mogą działać na tym polu poprzez organizację i kulturę pracy. Dobre wyniki przynosi zapewnienie autonomii pracowników, wsparcie przełożonych oraz możliwość wymiany wiedzy ze współpracownikami. Rozwój maker skills powinien prowadzić do praktycznych umiejętności wykorzystywanych w pracy, a nie tylko do kolejnych zaświadczeń o ukończeniu kursu. Pomóc mogą szkolenia oparte na realnych zadaniach zawodowych oraz wymiana wiedzy między pracownikami, np. mentoring odwrócony. To forma uczenia się w miejscu pracy, w której osoba młodsza lub o krótszym stażu przekazuje wiedzę i umiejętności osobie starszej lub zajmującej wyższe stanowisko. Może tu chodzić np. o korzystanie z nowych technologii. Taki model odwraca tradycyjny kierunek mentoringu, w którym bardziej doświadczony pracownik wspiera rozwój mniej doświadczonego. Przydatne mogą być też mikropoświadczenia, które pilotażowo wdraża w Polsce Instytut Badań Edukacyjnych. Są to cyfrowe dokumenty opisujące konkretne umiejętności zdobyte przez pracownika. Jak podkreśla OECD, w przeglądzie międzynarodowych systemów mikropoświadczeń znaczenie mają ich jakość, przejrzystość i powiązanie z potrzebami rynku pracy. Aby mikropoświadczenia były użyteczne, powinny opisywać umiejętności potrzebne w konkretnych zawodach i być rozpoznawalne przez pracodawców. Polecamy również: 4 na 10 lekarzy ma co najmniej 55 lat. Luka kadrowa niby maleje, ale nadal jest ogromnym problemem Co czwarty Polak chce sklepów otwartych co niedzielę. Jeszcze więcej wybiera kompromis Metryka wygrywa z kompetencjami. Firmy same tracą doświadczonych ludzi Artykuł AI zmienia nawet zawody "manualne". Polska ma tu konkretny problem pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
4 na 10 lekarzy ma co najmniej 55 lat. Luka kadrowa niby maleje, ale nadal jest ogromnym problemem Do 2030 roku w Europie zabraknie blisko miliona pracowników ochrony zdrowia – alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia. Problem jest na tyle duży, że Parlament Europejski wezwał Komisję Europejską do opracowania kompleksowej, długoterminowej strategii. Koordynacja działań na poziomie unijnym jest możliwa, ale zdaniem europosłanki PiS Marleny Maląg każde państwo członkowskie powinno poradzić sobie we własnym zakresie. Niedobór kadr w sektorze opieki zdrowotnej nie jest nowym problemem. W państwach UE jest jednym z trzech głównych sektorów, gdzie występują poważne, powszechne braki siły roboczej – wynika z danych Europejskich Służb Zatrudnienia (EURES) i Europejskiego Urzędu ds. Pracy. – Zjawisko niedoboru kadry medycznej w Unii Europejskiej jest potężne. Również sytuacja w Polsce jest dramatyczna, jeżeli chodzi o liczbę personelu medycznego, lekarzy, pielęgniarek. Z czego to wynika? Przede wszystkim z tego, że z jednej strony mówimy, w jaki sposób chcemy wspierać ochronę zdrowia, a z drugiej strony nie ma rozwiązań systemowych – uważa Marlena Maląg, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości oraz EKR. Lekarzy przybywa, ale potrzeby rosną szybciej W 2022 roku w państwach członkowskich UE odnotowano niedobór około 1,2 mln lekarzy, pielęgniarek i położnych, potrzebnych do zapewnienia powszechnego dostępu do opieki zdrowotnej. To dane z raportu OECD "Health at a Glance: Europe 2024". W Polsce w ostatnich latach sytuacja się nieco poprawiła. W 2019 roku było 125 349 lekarzy pracujących bezpośrednio z pacjentem, którzy pracowali na terenie kraju. Pięć lat później, w 2024 roku, ta liczba sięgnęła 141 139 osoby, co oznacza wzrost o 13 proc. Think Tank SGH w swoim raporcie "Braki kadry lekarskiej – strategia działań w różnych horyzontach czasowych" tłumaczy, że ten wzrost to skutek kilku czynników. Zwiększono liczbę kierunków lekarskich i ich absolwentów, a starsze roczniki wydłużyły aktywność zawodową. W mniejszym stopniu zadziałał napływ lekarzy wykształconych za granicą. Ale zwiększenie liczby lekarzy nie oznacza, że całe zapotrzebowanie na świadczenia zdrowotne jest zaspokojone. Społeczeństwo już się starzeje, a pracowników sektora zdrowia przybywa w tempie znacznie niższym, niż liczba chorych. Najprawdopodobniej luka będzie jeszcze bardziej rosła, bo już teraz ponad 4 na 10 czynnych zawodowo lekarzy ma co najmniej 55 lat. W przypadku pielęgniarek średnia wieku przekroczyła już 55 lat. Stanowiska w szpitalach coraz trudniej obsadzić... Na potrzeby swojego raportu Think Tank SGH przeprowadziła ankietę wśród dyrektorów ponad 180 podmiotów leczniczych. Aż 79 proc. z nich ocenia, że problemy z zatrudnieniem lekarzy są poważne lub bardzo poważne. – Sytuacja jest bardzo poważna. Ludzie płacą coraz więcej za usługi medyczne, bo chcą być zdrowi, a zdrowsi nie są i koło się zamyka – uważa Marlena Maląg. – Za rządów Prawa i Sprawiedliwości wprowadziliśmy pierwszy krok, czyli zwiększenie miejsc na kierunki lekarskie. To miało funkcjonować, niestety część tych uczelni została zamknięta. Z czym się to wiąże? Przede wszystkim jesteśmy starzejącym się społeczeństwem i potrzebna jest coraz dłuższa, specjalistyczna opieka lekarska. Z drugiej strony te usługi powinny być profesjonalnie wykonane, a widzimy, co się dzieje w kraju. Warto przypomnieć, że lekarz, który nie ma specjalizacji, może zarabiać blisko 40 tys. euro rocznie, nie być na dyżurach i nie być za to rozliczonym. ...ale za kilka lat lekarzy może być więcej niż potrzeba Prognozy Ministerstwa Zdrowia, przytaczane w raporcie SGH, mówią, że do 2034 r. podaż lekarzy w Polsce ma przewyższyć zapotrzebowanie, a nadwyżka będzie stopniowo rosnąć. Według autorów raportu to głównie efekt zwiększania limitów przyjęć na studia medyczne. Od 2005 r. te limity wzrosły o 239 proc. W ubiegłym roku akademickim limit przyjęć na kierunek lekarski, z wyłączeniem lekarsko-dentystycznego, wyniósł ponad 9 tys. miejsc na 36 uczelniach o różnym statusie. Oprócz tego wzrosła też liczba absolwentów kierunków medycznych. W roku akademickim 2019/20 było ich 3,7 tys., a w roku 2023/24 przekroczyła 4,7 tys. Oznacza to wzrost o 28,7 proc. Europarlament chce wspólnej strategii kadrowej 17 września 2026 r. europosłowie przyjęli rezolucję w sprawie unijnego planu kryzysowego dotyczącego pracowników służby zdrowia. Komisję Europejską wezwano m.in. do pilnego opracowania kompleksowej i długoterminowej europejskiej strategii na rzecz pracowników ochrony zdrowia w celu zwiększenia ich liczby o co najmniej 1 mln specjalistów w kolejnych wieloletnich ramach finansowych na lata 2028–2034. W rezolucji wezwano także państwa członkowskie do przyjęcia kompleksowych strategii krajowych w tej dziedzinie i skutecznego planowania zatrudnienia. – Rozwiązania, które powinny być wprowadzone, muszą być przede wszystkim skuteczne, niedążące do przeregulowania. Może być pewna koordynacja w UE, ale przede wszystkim to państwa członkowskie muszą potrafić sobie z tym tematem poradzić. Jest to potężne wyzwanie finansowe. Niektórzy posłowie domagają się, aby wydatki na zdrowie były wyłączone z reguły wydatkowej. Myślę, że to już byłoby za daleko. Jednak faktycznie nakłady na opiekę zdrowotną i systemowa reforma są potężnym wyzwaniem. Widzimy, że borykają się z nim wszystkie państwa w Unii Europejskiej – mówi europosłanka PiS. Europarlamentarzyści poparli również rozwój ukierunkowanego i sprawiedliwego wdrażania telemedycyny, sztucznej inteligencji i innych innowacyjnych technologii. Chodzi tu o niezbędną infrastrukturę, zrównoważone przepisy krajowe, niezbędne kształcenie ustawiczne i szkolenia pracowników służby zdrowia w zakresie umiejętności cyfrowych. – Sztuczna inteligencja jest dzisiaj wyzwaniem, ale też codziennością. Musi być ona umiejętnie zastosowana. My w kraju wprowadziliśmy już różne narzędzia, takie jak e-recepta czy e-zwolnienia. Polska, jeżeli chodzi o te działania, jest liderem. Na pewno sztuczna inteligencja może pomóc, aczkolwiek cały czas potrzebny jest człowiek, żeby to zarządzanie było sprawne i bezpieczne dla każdej ze stron – uważa Marlena Maląg. Potrzeba też wzmocnienia ochrony pracowników sektora zdrowia. I nie chodzi tu tylko o bezpieczeństwo fizyczne, które jest ważne w kontekście rosnących aktów przemocy wobec lekarzy, pielęgniarek czy ratowników. Równie ważny jest ich dobrostan i zdrowie psychiczne: równowaga między życiem zawodowym a prywatnym oraz zapobieganie wypaleniu zawodowemu i depresji. Przeczytaj także: Co czwarty Polak chce sklepów otwartych co niedzielę. Jeszcze więcej wybiera kompromis Szpital jak wellness? Nie chodzi o luksus, lecz o szybszy powrót do zdrowia Bruksela obiecuje deregulację. Tymczasem jedna branża śledzi około 250 aktów prawnych Artykuł 4 na 10 lekarzy ma co najmniej 55 lat. Luka kadrowa niby maleje, ale nadal jest ogromnym problemem pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Do 2030 roku w Europie zabraknie blisko miliona pracowników ochrony zdrowia – alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia. Problem jest na tyle duży, że Parlament Europejski wezwał Komisję Europejską do opracowania kompleksowej, długoterminowej strategii. Koordynacja działań na poziomie unijnym jest możliwa, ale zdaniem europosłanki PiS Marleny Maląg każde państwo członkowskie powinno poradzić sobie we własnym zakresie. Niedobór kadr w sektorze opieki zdrowotnej nie jest nowym problemem. W państwach UE jest jednym z trzech głównych sektorów, gdzie występują poważne, powszechne braki siły roboczej – wynika z danych Europejskich Służb Zatrudnienia (EURES) i Europejskiego Urzędu ds. Pracy. – Zjawisko niedoboru kadry medycznej w Unii Europejskiej jest potężne. Również sytuacja w Polsce jest dramatyczna, jeżeli chodzi o liczbę personelu medycznego, lekarzy, pielęgniarek. Z czego to wynika? Przede wszystkim z tego, że z jednej strony mówimy, w jaki sposób chcemy wspierać ochronę zdrowia, a z drugiej strony nie ma rozwiązań systemowych – uważa Marlena Maląg, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości oraz EKR. Lekarzy przybywa, ale potrzeby rosną szybciej W 2022 roku w państwach członkowskich UE odnotowano niedobór około 1,2 mln lekarzy, pielęgniarek i położnych, potrzebnych do zapewnienia powszechnego dostępu do opieki zdrowotnej. To dane z raportu OECD "Health at a Glance: Europe 2024". W Polsce w ostatnich latach sytuacja się nieco poprawiła. W 2019 roku było 125 349 lekarzy pracujących bezpośrednio z pacjentem, którzy pracowali na terenie kraju. Pięć lat później, w 2024 roku, ta liczba sięgnęła 141 139 osoby, co oznacza wzrost o 13 proc. Think Tank SGH w swoim raporcie "Braki kadry lekarskiej – strategia działań w różnych horyzontach czasowych" tłumaczy, że ten wzrost to skutek kilku czynników. Zwiększono liczbę kierunków lekarskich i ich absolwentów, a starsze roczniki wydłużyły aktywność zawodową. W mniejszym stopniu zadziałał napływ lekarzy wykształconych za granicą. Ale zwiększenie liczby lekarzy nie oznacza, że całe zapotrzebowanie na świadczenia zdrowotne jest zaspokojone. Społeczeństwo już się starzeje, a pracowników sektora zdrowia przybywa w tempie znacznie niższym, niż liczba chorych. Najprawdopodobniej luka będzie jeszcze bardziej rosła, bo już teraz ponad 4 na 10 czynnych zawodowo lekarzy ma co najmniej 55 lat. W przypadku pielęgniarek średnia wieku przekroczyła już 55 lat. Stanowiska w szpitalach coraz trudniej obsadzić... Na potrzeby swojego raportu Think Tank SGH przeprowadziła ankietę wśród dyrektorów ponad 180 podmiotów leczniczych. Aż 79 proc. z nich ocenia, że problemy z zatrudnieniem lekarzy są poważne lub bardzo poważne. – Sytuacja jest bardzo poważna. Ludzie płacą coraz więcej za usługi medyczne, bo chcą być zdrowi, a zdrowsi nie są i koło się zamyka – uważa Marlena Maląg. – Za rządów Prawa i Sprawiedliwości wprowadziliśmy pierwszy krok, czyli zwiększenie miejsc na kierunki lekarskie. To miało funkcjonować, niestety część tych uczelni została zamknięta. Z czym się to wiąże? Przede wszystkim jesteśmy starzejącym się społeczeństwem i potrzebna jest coraz dłuższa, specjalistyczna opieka lekarska. Z drugiej strony te usługi powinny być profesjonalnie wykonane, a widzimy, co się dzieje w kraju. Warto przypomnieć, że lekarz, który nie ma specjalizacji, może zarabiać blisko 40 tys. euro rocznie, nie być na dyżurach i nie być za to rozliczonym. ...ale za kilka lat lekarzy może być więcej niż potrzeba Prognozy Ministerstwa Zdrowia, przytaczane w raporcie SGH, mówią, że do 2034 r. podaż lekarzy w Polsce ma przewyższyć zapotrzebowanie, a nadwyżka będzie stopniowo rosnąć. Według autorów raportu to głównie efekt zwiększania limitów przyjęć na studia medyczne. Od 2005 r. te limity wzrosły o 239 proc. W ubiegłym roku akademickim limit przyjęć na kierunek lekarski, z wyłączeniem lekarsko-dentystycznego, wyniósł ponad 9 tys. miejsc na 36 uczelniach o różnym statusie. Oprócz tego wzrosła też liczba absolwentów kierunków medycznych. W roku akademickim 2019/20 było ich 3,7 tys., a w roku 2023/24 przekroczyła 4,7 tys. Oznacza to wzrost o 28,7 proc. Europarlament chce wspólnej strategii kadrowej 17 września 2026 r. europosłowie przyjęli rezolucję w sprawie unijnego planu kryzysowego dotyczącego pracowników służby zdrowia. Komisję Europejską wezwano m.in. do pilnego opracowania kompleksowej i długoterminowej europejskiej strategii na rzecz pracowników ochrony zdrowia w celu zwiększenia ich liczby o co najmniej 1 mln specjalistów w kolejnych wieloletnich ramach finansowych na lata 2028–2034. W rezolucji wezwano także państwa członkowskie do przyjęcia kompleksowych strategii krajowych w tej dziedzinie i skutecznego planowania zatrudnienia. – Rozwiązania, które powinny być wprowadzone, muszą być przede wszystkim skuteczne, niedążące do przeregulowania. Może być pewna koordynacja w UE, ale przede wszystkim to państwa członkowskie muszą potrafić sobie z tym tematem poradzić. Jest to potężne wyzwanie finansowe. Niektórzy posłowie domagają się, aby wydatki na zdrowie były wyłączone z reguły wydatkowej. Myślę, że to już byłoby za daleko. Jednak faktycznie nakłady na opiekę zdrowotną i systemowa reforma są potężnym wyzwaniem. Widzimy, że borykają się z nim wszystkie państwa w Unii Europejskiej – mówi europosłanka PiS. Europarlamentarzyści poparli również rozwój ukierunkowanego i sprawiedliwego wdrażania telemedycyny, sztucznej inteligencji i innych innowacyjnych technologii. Chodzi tu o niezbędną infrastrukturę, zrównoważone przepisy krajowe, niezbędne kształcenie ustawiczne i szkolenia pracowników służby zdrowia w zakresie umiejętności cyfrowych. – Sztuczna inteligencja jest dzisiaj wyzwaniem, ale też codziennością. Musi być ona umiejętnie zastosowana. My w kraju wprowadziliśmy już różne narzędzia, takie jak e-recepta czy e-zwolnienia. Polska, jeżeli chodzi o te działania, jest liderem. Na pewno sztuczna inteligencja może pomóc, aczkolwiek cały czas potrzebny jest człowiek, żeby to zarządzanie było sprawne i bezpieczne dla każdej ze stron – uważa Marlena Maląg. Potrzeba też wzmocnienia ochrony pracowników sektora zdrowia. I nie chodzi tu tylko o bezpieczeństwo fizyczne, które jest ważne w kontekście rosnących aktów przemocy wobec lekarzy, pielęgniarek czy ratowników. Równie ważny jest ich dobrostan i zdrowie psychiczne: równowaga między życiem zawodowym a prywatnym oraz zapobieganie wypaleniu zawodowemu i depresji. Przeczytaj także: Co czwarty Polak chce sklepów otwartych co niedzielę. Jeszcze więcej wybiera kompromis Szpital jak wellness? Nie chodzi o luksus, lecz o szybszy powrót do zdrowia Bruksela obiecuje deregulację. Tymczasem jedna branża śledzi około 250 aktów prawnych Artykuł pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Co czwarty Polak chce sklepów otwartych co niedzielę. Jeszcze więcej wybiera kompromis Polacy chcą częściej robić zakupy w niedziele, ale niekoniecznie co tydzień. UCE Research i Shopfully Poland zapytały rodaków, co sądzą o obowiązującym zakazie handlu. Za złagodzeniem obecnych przepisów opowiada się 60,5 proc. konsumentów, jednak zwolennicy zmian dzielą się na kilka grup. Największą pojedynczą poparcie ma pełne otwarcie sklepów, ale łącznie jeszcze więcej osób wybiera kompromis. Najwięcej, bo 27,5 proc., chciałoby otwarcia sklepów w każdą niedzielę. 19 proc. dopuszcza handel w dwie niedziele w miesiącu, a 14 proc. – w jedną. 30,8 proc. Polaków uważa jednak, że obecne zasady są odpowiednie lub nawet opowiada się za zaostrzeniem ograniczeń. Pozostałe 8,7 proc. nie ma sprecyzowanego zdania. Wniosek? Większość Polaków chciałaby szerszej dostępności handlu, ale niekoniecznie całkowitego zniesienia zakazu handlu. – Z perspektywy rynku detalicznego nie oznacza to jednoznacznego poparcia dla otwarcia wszystkich sklepów w każdą niedzielę. Wyniki wskazują przede wszystkim na potrzebę większej elastyczności w organizowaniu codziennych zakupów. To istotny sygnał zarówno dla sieci handlowych, jak i ustawodawcy – mówi współautor badania z Shopfully Poland Robert Biegaj. Jak dodaje, spoglądając na wyniki, ciekawy jest podział zwolenników liberalizacji. Najpopularniejszym pojedynczym rozwiązaniem jest handel we wszystkie niedziele, za którym opowiedziało się 27,5 proc. badanych. Ale łącznie jedna trzecia respondentów preferuje model pośredni, z jedną lub dwiema niedzielami handlowymi w miesiącu. – Pokazuje to, że wśród konsumentów nie ma jednego dominującego pomysłu na przyszłe regulacje – komentuje Robert Biegaj. Dwie niedziele handlowe jako kompromis Częściowa liberalizacja może więc stanowić punkt wyjścia do poszukiwania kompromisu, choć nie można zakładać, że wszyscy zwolennicy pełnego otwarcia zaakceptowaliby taki wariant. Z perspektywy retailu szczególnie interesujący wydaje się model dwóch niedziel handlowych miesięcznie. Ten sposób bardzo zwiększa dostępność sklepów, a jednocześnie pozostawia część niedziel wolnych od standardowego handlu. Jak podkreślają autorzy badania, z ekonomicznego punktu widzenia zwiększenie liczby niedziel handlowych mogłoby istotnie zmienić organizację sprzedaży detalicznej. Nie oznacza to jednak, że dodatkowy dzień otwarcia automatycznie przyniósłby proporcjonalny wzrost obrotów. Znaczna część zakupów realizowanych w niedzielę mogłaby zostać przesunięta z piątku lub soboty. Nie można również zakładać, że ewentualna liberalizacja przyniosłaby jednakowe korzyści wszystkim formatom handlowym. Duże sieci dysponują rozbudowanym zapleczem operacyjnym i możliwościami organizacyjnymi, ale ponoszą też znaczne koszty funkcjonowania placówek. Mniejsze sklepy mogą korzystać z lokalizacji blisko miejsca zamieszkania klientów, jednak niektóre z nich już obecnie prowadzą działalność w niedziele dzięki ustawowym wyjątkom. Szersze otwarcie rynku mogłoby zatem zwiększyć konkurencję o tych samych konsumentów. Szczególne znaczenie miałyby takie kwestie, jak lokalizacja, profil klientów i struktura kosztów. Bez szczegółowych danych finansowych nie można rozstrzygnąć, kto byłby największym beneficjentem zmian. Zakaz handlu do zmiany? Polacy nie mają jednej recepty Najważniejszy wniosek? Konsumenci nie przekazują jednego, prostego komunikatu o konieczności otwarcia wszystkich sklepów w każdą niedzielę. Większość badanych opowiada się natomiast za zwiększeniem dostępności handlu, przy czym znacząca część preferuje rozwiązania pośrednie. – Dla branży retailowej oznacza to potrzebę oceny realnego popytu, kosztów operacyjnych i wpływu dodatkowych dni otwarcia na zachowania zakupowe. Z kolei dla ustawodawcy jest to wyraźny sygnał, że debata powinna koncentrować się nie tylko na samym zniesieniu lub utrzymaniu ograniczeń, lecz także na możliwych wariantach kompromisowych. Ostatecznie skuteczność ewentualnej reformy będzie zależeć od znalezienia równowagi między wygodą konsumentów, opłacalnością działalności handlowej oraz ochroną interesów pracowników – podsumowuje Biegaj. Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI, polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Zrealizowano je przez platformę analityczno-badawczą UCE Research i Shopfully Poland na ogólnopolskiej próbie 1007 dorosłych Polaków. Respondenci zostali dobrani anonimowo w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci oraz regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego. Przeczytaj także: Susza obniża PKB o 0,2 proc. rocznie. Straty idą przez cały łańcuch żywnościowy Szpital jak wellness? Nie chodzi o luksus, lecz o szybszy powrót do zdrowia Prywatne lotnictwo znalazło sposób na wzrost. Jeden samolot obsłuży więcej klientów Artykuł Co czwarty Polak chce sklepów otwartych co niedzielę. Jeszcze więcej wybiera kompromis pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Szpital jak wellness? Nie chodzi o luksus, lecz o szybszy powrót do zdrowia Przestrzeń szpitalna może wpływać na przebieg leczenia bardziej, niż sugerowałby sam wygląd wnętrza. Na znaczeniu zyskuje koncepcja healing environment, czyli projektowania otoczenia w taki sposób, by ograniczało stres i wspierało zdrowienie. Z badań przytoczonych w raporcie "Szpital przyszłości" wynika, że pacjenci z widokiem na zieleń spędzali w placówce średnio niemal o dzień mniej niż osoby patrzące na ścianę. Dyskusja o przyszłości ochrony zdrowia zwykle koncentruje się na finansach, nowych technologiach czy sztucznej inteligencji. Tymczasem sposób zaprojektowania sali, korytarza albo przestrzeni wspólnej też może oddziaływać na pacjenta. Znaczenie mają m.in. hałas, prywatność, dostęp do naturalnego światła, kolory oraz widok za oknem. Piotr Springer, kierownik inwestycyjny ds. architektury medycznej w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich i ekspert Komisji Europejskiej, mówi w raporcie "Szpital przyszłości", że badań dotyczących wpływu przestrzeni na efekty kliniczne są "setki". Zieleń zamiast szpitalnej ściany Jeden z najbardziej obrazowych przykładów dotyczy właśnie widoku z okna. Pacjenci, którzy patrzyli na zieleń, przebywali w szpitalu średnio o prawie jeden dzień krócej niż osoby z widokiem na ścianę. Jednocześnie negatywne oceny personelu wobec pacjentów były w pierwszej grupie o 71 proc. rzadsze. Healing environment nie sprowadza się jednak do sadzenia drzew za oknami. Projektanci zwracają uwagę również na naturalne światło, kolorystykę oraz elementy odciągające uwagę chorego od stresu związanego z pobytem w szpitalu. Placówka nie musi przy tym zamieniać się w hotel ze strefą SPA – część rozwiązań można wprowadzać znacznie prostszymi środkami, np. przez dobór barw inspirowanych naturą. Szczególne znaczenie otoczenie może mieć w placówkach dla dzieci oraz na oddziałach psychiatrycznych. Nowe obiekty tego typu odchodzą od chłodnej bieli i częściej wykorzystują żywsze kolory. Hałas męczy pacjentów i personel Kolejnym problemem jest akustyka. Nadmierny hałas może zwiększać zmęczenie i rozdrażnienie personelu, a jednocześnie pogarszać koncentrację. Dla pacjentów dochodzi do tego stres wynikający z choroby, braku prywatności, rozłąki z bliskimi czy warunków samego pobytu. – Na pierwszym miejscu zawsze jest i będzie medycyna. Pacjentom ciąży jednak często nie tylko choroba, ale i szereg czynników związanych z pobytem w placówce medycznej: jakość żywienia, hałas, brak poczucia prywatności, brak bliskich – mówi Romuald Wilk, doradca projektowy z Knauf Ceiling Solutions. Znaczenie komunikacji i relacji potwierdzają też odpowiedzi dyrektorów placówek zebrane w raporcie. Spośród 86 szefów obiektów medycznych 43 proc. za jedną z najważniejszych przyszłych kompetencji personelu uznało współpracę w interdyscyplinarnych zespołach i koordynację opieki. Niewiele mniej, 41,9 proc., wymieniło komunikatywność, empatię i budowanie relacji z pacjentem. Lepsza przestrzeń to mniej roszczeń Projekt wnętrza może mieć konsekwencje wykraczające poza samopoczucie. Piotr Springer przywołuje badania z USA, według których zapewnienie w szpitalach odpowiednich miejsc do trudnych rozmów z rodzinami wiązało się ze spadkiem liczby roszczeń, a nawet pozwów przeciwko placówkom o blisko połowę. Takie dane pokazują, że prywatność czy możliwość spokojnej rozmowy nie są jedynie dodatkiem do infrastruktury medycznej. Sposób organizacji przestrzeni wpływa na to, w jakich warunkach pacjent i jego bliscy otrzymują trudne informacje oraz jak przebiega kontakt z personelem. Komfort musi iść w parze z higieną Sektor hotelarski i wellness od dawna projektuje wnętrza wokół regeneracji oraz dobrego samopoczucia. Duże znaczenie mają tam dostęp do zieleni, światło dzienne, akustyka i materiały wykończeniowe. W austriackim obiekcie Loxone rozległe przeszklenia otwierają wnętrza na otaczającą budynek zieleń. Szpitale nie mogą jednak kopiować hoteli jeden do jednego. Oprócz komfortu muszą spełniać znacznie ostrzejsze wymagania związane z bezpieczeństwem, higieną oraz możliwością regularnego czyszczenia powierzchni. Szczególnie rygorystyczne zasady obowiązują m.in. w salach operacyjnych, laboratoriach i na oddziałach chorób zakaźnych. – Jedyny aspekt, w którym nie ma miejsca na dowolność to kwestie higieny. Tu nie da się dyskutować i szukać tanich rozwiązań czy ładnie wyglądających zamienników. Dotyczy to oczywiście zarówno sprzętu medycznego, jak i produktów wyposażenia szpitalnych wnętrz – mówi Wilk. Materiały stosowane w szpitalach muszą więc łączyć kilka funkcji naraz. W pomieszczeniach typu clean room, czyli o kontrolowanym poziomie zanieczyszczeń, przepisy techniczne ograniczają swobodę wyboru wyposażenia. Odpowiednie wymagania mogą spełniać zarówno akustyczne płyty mineralne, jak i panele metalowe, jeśli są niepalne, nietoksyczne i spełniają odpowiednią klasę czystości mikrobiologicznej. Przeczytaj także: Artykuł Szpital jak wellness? Nie chodzi o luksus, lecz o szybszy powrót do zdrowia pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Prywatne lotnictwo znalazło sposób na wzrost. Jeden samolot obsłuży więcej klientów Światowa flota lotnictwa biznesowego ma wzrosnąć do blisko 51 tys. samolotów w 2035 r., czyli o około 29 proc. względem 2025 r. Honeywell Aerospace prognozuje, że w ciągu dekady producenci dostarczą około 14 tys. nowych maszyn, a liczba godzin spędzanych przez nie w powietrzu zwiększy się jeszcze szybciej – o około 34 proc. Za wzrostem stoją m.in. czartery, zarządzane floty i programy współwłasności, które pozwalają intensywniej wykorzystywać samoloty. Prognoza pochodzi z 35. edycji raportu "Global Business Aviation Outlook". Honeywell po raz pierwszy uwzględnił w nim również samoloty turbośmigłowe oraz odrzutowce do użytku osobistego. Według raportu w latach 2026-2035 na rynek trafi około 9 950 nowych odrzutowców biznesowych oraz 4 200 samolotów turbośmigłowych. Tegoroczna prognoza dotycząca dostaw odrzutowców jest o 4,4 proc. wyższa niż rok wcześniej. Przybędzie 14 tys. nowych maszyn Honeywell zakłada systematyczny wzrost liczby dostaw. W 2026 r. producenci mają przekazać klientom około 1 280 nowych samolotów biznesowych, natomiast w 2035 r. będzie ich już ponad 1 500. Pod koniec okresu objętego prognozą roczna wartość dostaw ma przekraczać 37 mld dolarów. Nowe maszyny mają przy tym służyć przede wszystkim powiększaniu flot, a nie zastępowaniu starszych samolotów. – Spodziewamy się, że nadchodząca dekada będzie jednym z okresów najsilniejszego rozwoju lotnictwa biznesowego w historii. Popyt napędzają firmy, osoby prywatne, klienci czarterowi i uczestnicy programów współwłasności samolotów. Właściciele i operatorzy coraz intensywniej wykorzystują swoje maszyny, zamawiają nowe odrzutowce, rozbudowują floty i inwestują w innowacje wspierające wzrost całego sektora – mówi Linnea Whisler, prezes pionu Commercial Original Equipment w Honeywell Aerospace. Najszybciej ma rosnąć segment odrzutowców średniej wielkości. Honeywell szacuje, że ich światowa flota zwiększy się do 2035 r. o 40 proc. Operatorzy szukają maszyn umożliwiających dalekie podróże, ale tańszych w zakupie i eksploatacji niż największe odrzutowce. Prywatny samolot już nie będzie taki prywatny Sama liczba samolotów nie jest jedynym ważnym wnioskiem z raportu. Branża lotnicza zmienia sposób, w jaki wykorzystuje już istniejące maszyny. Większość samolotów biznesowych nadal należy do prywatnych operatorów. Czartery, firmy zarządzające flotami oraz programy współwłasności odpowiadają jednak za znacznie większą część ruchu, niż wynikałoby z liczby posiadanych przez nie maszyn – ich samoloty latają po prostu częściej. Program współwłasności pozwala kilku klientom korzystać z tej samej maszyny bez konieczności samodzielnego kupowania całego samolotu. Profesjonalny operator zarządza flotą i zapewnia dostęp do odrzutowca wtedy, gdy klient go potrzebuje. Takie modele stają się coraz istotniejszą częścią rynku, a dzięki nim aktywność może rosnąć szybciej niż sama liczba samolotów. Honeywell prognozuje, że do 2035 r. liczba godzin lotu zwiększy się o około 34 proc., podczas gdy flota urośnie o około 29 proc. Operatorzy chcą latać więcej Już obecne dane pokazują wysoką aktywność. Od początku 2026 r. liczba godzin lotu odrzutowców biznesowych wzrosła o 4 proc. rok do roku. W przypadku samolotów z dużą kabiną zwyżka wyniosła 5 proc., natomiast średniej wielkości odrzutowce latały o 7 proc. więcej niż rok wcześniej. Te dwa segmenty mają też najbardziej optymistyczne perspektywy według samych operatorów. Dziewięciu na dziesięciu ankietowanych spodziewa się, że w 2027 r. ich samoloty spędzą w powietrzu co najmniej tyle samo czasu co w 2026 r. Blisko jedna trzecia oczekuje wzrostu aktywności. Honeywell tłumaczy popyt m.in. oszczędnością czasu, prywatnością i możliwością elastycznego planowania podróży. Z perspektywy użytkowników samolot biznesowy ma być narzędziem prowadzenia działalności, a nie wydatkiem, który łatwo wykreślić przy pogorszeniu koniunktury. Ameryka dominuje nad resztą świata... Największym rynkiem lotnictwa biznesowego są Stany Zjednoczone i Kanada. Region odpowiada za około 63 proc. światowych dostaw i całej floty oraz blisko 68 proc. godzin lotu. Ameryka Północna szczególnie mocno rozwinęła model współdzielonego użytkowania samolotów. Aż około 83 proc. globalnej aktywności programów współwłasności przypada na loty rozpoczynające się na lotniskach w USA lub Kanadzie. Co więcej, blisko jedna trzecia tamtejszych operatorów zamierza zwiększyć flotę w ciągu pięciu lat. Drugim pod względem liczby maszyn rynkiem jest Ameryka Łacińska. Ma około 15 proc. światowej floty i odpowiada za 14 proc. dostaw. Szczególne znaczenie mają Brazylia i Meksyk. Zdaniem Honeywell dodatkowym impulsem dla tego regionu może być rozwój handlu między Ameryką Południową a Europą. Postępy w negocjacjach umowy UE-Mercosur mogłyby zwiększyć liczbę podróży biznesowych między oboma kontynentami. ...ale to Europa lepiej wykorzystuje flotę Europa ma około 10 proc. światowej floty samolotów biznesowych, ale odpowiada za 13 proc. globalnej aktywności lotniczej. Maszyny są więc wykorzystywane stosunkowo intensywnie. Tutaj również popularność zdobywają programy współwłasności. Operatorzy i klienci szukają przewidywalnego dostępu do samolotów, prywatności oraz możliwości szybkiego organizowania podróży. Tylko że europejski rynek jest mocno ograniczony przez presję regulacyjną i wymagania związane ze zrównoważonym rozwojem. Swoją cegiełkę dokłada niepewność geopolityczna. Mimo tego firmy deklarują zwiększanie możliwości przewozowych, a Honeywell ocenia, że lotnictwo biznesowe coraz częściej uzupełnia ofertę tradycyjnych linii lotniczych. Poza Europą i obiema Amerykami obraz jest bardziej zróżnicowany. Konflikt na Bliskim Wschodzie zahamował rozwój tamtejszego rynku, choć Zjednoczone Emiraty Arabskie nadal należą do najważniejszych węzłów lotniczych, a Arabia Saudyjska inwestuje w infrastrukturę. W Indiach rozwijają się modele ułatwiające dostęp do lotnictwa biznesowego, natomiast w Chinach część popytu koncentruje się na segmencie premium i odnowie flot. Przeczytaj także: Susza obniża PKB o 0,2 proc. rocznie. Straty idą przez cały łańcuch żywnościowy Operatorzy kupujący samolot patrzą przede wszystkim na to, czy maszyna odpowiada ich potrzebom. Najważniejsze są zasięg, udźwig, prędkość oraz parametry startu i lądowania. Nie bez znaczenia są też kwestie komfortu kabiny, kosztów i obsługi klienta. Preferencje różnią się jednak między regionami. W Ameryce Łacińskiej większe znaczenie mają finansowanie, cena zakupu i koszty eksploatacji. Europejscy klienci mocniej zwracają uwagę na funkcjonalność kabiny oraz komfort pasażerów. Modernizacja zamiast rewolucji Raport obejmuje również podejście operatorów do ograniczania emisji. Za najskuteczniejszą strategię respondenci uznali modernizację floty. Dlaczego? Nowsze samoloty zużywają paliwo efektywniej niż starsze konstrukcje. Operatorzy interesują się też zrównoważonym paliwem lotniczym SAF oraz modelami współdzielenia i intensywniejszego wykorzystywania istniejących maszyn. Według Honeywell właśnie technologia, wymiana flot i dostępność SAF będą głównymi narzędziami ograniczania emisji w sektorze. Branża chce przy tym zachować cechy, które napędzają popyt na jej usługi: elastyczność, dostępność i oszczędność czasu. Jeśli prognoza się sprawdzi, w 2035 r. światowe lotnictwo biznesowe będzie więc miało znacznie więcej samolotów niż dziś. Jeszcze szybciej będzie jednak rosła liczba godzin, które spędzą one w powietrzu. Prognozę oparto na analizach rynkowych i danych branżowych, a także na badaniu 306 operatorów lotnictwa biznesowego, którzy dysponowali łącznie 1558 samolotami. Badanie nie obejmowało operatorów programów współwłasności. Polecamy również: Europa wciąż ma tysiące kilometrów torów bez trakcji. PESA chce ominąć ten problem Za dużo fabryk, za mało technologii. Europejska motoryzacja ma poważny problem Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Prywatne lotnictwo znalazło sposób na wzrost. Jeden samolot obsłuży więcej klientów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Susza obniża PKB o 0,2 proc. rocznie. Straty idą przez cały łańcuch żywnościowy Susza zabiera rolnikom plony, ale rachunek płaci znacznie większa część gospodarki. Polski Instytut Ekonomiczny (PIE) wylicza, że w przeciętnym roku jej koszt sięga około 7,5 mld zł, a niemal połowa spadku produkcji wywołanego niedoborem wody przypada na sektory inne niż rolnictwo. Części tych strat można jednak uniknąć. W tym roku obserwujemy kolejny sezon strat dla polskich rolników. Według Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa – Państwowego Instytutu Badawczego (IUNG), od 21 marca do 10 sierpnia 2026 roku susza wystąpiła w uprawach zbóż jarych w ok. 65 proc. gmin, a zbóż ozimych – w 57 proc. Według przedwynikowego szacunku GUS tegoroczne zbiory zbóż będą o ok. 5 proc. niższe niż przed rokiem. Susze nie są w Polsce wyjątkiem, lecz stają się stałym kosztem gospodarowania. W raporcie z 2022 r. PIE oszacował, że rolnicy tracą przez nie przeciętnie co roku plony warte od 3,9 mld zł do 6,5 mld zł. Teraz sprawdzono, jaki jest koszt występowania suszy dla całej gospodarki – po uwzględnieniu zmian cen, handlu zagranicznego i przepływu pracy między sektorami. Straty wychodzą daleko poza rolnictwo PIE opracowało autorski model obliczeniowej równowagi ogólnej CGE-PL-PIE. Model odwzorowuje powiązania między sektorami, dzięki czemu pozwala prześledzić, jak straty w rolnictwie przenoszą się na resztę gospodarki. Na podstawie satelitarnych danych o niedoborze wody w uprawach wyznaczono straty plonów w latach 2004-2025 i wprowadzono je do modelu jako szok. W przeciętnym roku susza obniża plony zbóż i rzepaku o ok. 12 proc., a ziemniaków i buraków cukrowych – o około jedną piątą. W porównaniu ze scenariuszem kontrfaktycznym, w którym susza nie występuje, przekłada się to na PKB niższy o niecałe 0,2 proc. rocznie, czyli o ok. 7,5 mld zł (w relacji do PKB Polski z 2025 r.). Szacunek nie obejmuje strat wywołanych suszą w przemyśle, energetyce, żegludze śródlądowej i leśnictwie, dlatego całkowite koszty suszy są najpewniej wyższe. Niemal cała utracona wartość dodana przypada na rolnictwo, jednak spadek produkcji obejmuje pełny łańcuch żywnościowy. Około 45 proc. spadku produkcji wywołanego suszą dotyczy sektorów pozarolniczych – połowa z tego przypada na przetwórstwo żywności, a reszta m.in. na handel i transport. W tych sektorach susza ogranicza głównie skalę produkcji, a nie marże. Ponieważ dużą część jej wartości stanowią zakupione surowce, wkład tych sektorów w PKB spada nieznacznie. Podobne wyniki uzyskano dla innych gospodarek UE, m.in. dla Włoch. Jak zmniejszyć koszty suszy? Powtarzalność susz uzasadnia przejście od reagowania na straty do systemowego zarządzania ryzykiem suszy. Priorytetem powinno być zwiększenie retencji krajobrazowej, czyli spowolnienie odpływu wody. Chodzi tu o ograniczenie nadmiernej melioracji odwadniającej, renaturyzację rzek oraz ochronę mokradeł i lasów. PIE rekomenduje też monitoring i system wczesnego ostrzegania. Przyda się również ocena podatności poszczególnych obszarów na suszę. Część z tych działań może być finansowana w ramach wspólnej polityki rolnej. Ograniczenie strat o jedną piątą obniżyłoby koszty suszy w Polsce o około 1,5 mld zł rocznie. Przeczytaj także: Europa wciąż ma tysiące kilometrów torów bez trakcji. PESA chce ominąć ten problem Nad Wisłą mamy mało wody, ale dobry klimat dla centrów danych. AI komplikuje rachunek Kryptowaluty zostawiają ślad, ale brakuje ludzi, którzy wiedzą, co z nim zrobić Artykuł Susza obniża PKB o 0,2 proc. rocznie. Straty idą przez cały łańcuch żywnościowy pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Europa wciąż ma tysiące kilometrów torów bez trakcji. PESA chce ominąć ten problem PESA Bydgoszcz rozwija prototyp pasażerskiego pociągu HEMU, który ma korzystać z trzech źródeł energii: sieci trakcyjnej, wodoru i baterii. Za integrację układu napędowego odpowiada zespół ABB z Aleksandrowa Łódzkiego. Dzięki takiemu rozwiązaniu jeden skład ma obsługiwać zarówno linie zelektryfikowane, jak i odcinki bez trakcji – bez używania silnika Diesla. Na trasie z siecią trakcyjną pociąg będzie pobierał z niej energię. Po wjeździe na odcinek niezelektryfikowany ma przełączyć się na baterie i ogniwa paliwowe zasilane wodorem. Takie rozwiązanie może trafić do przewoźników regionalnych, bo część takich tras obecnie nadal wymaga pociągów spalinowych. Trzy napędy muszą działać jak jeden Najtrudniejsze nie jest samo umieszczenie kilku źródeł energii w jednym pojeździe. Poszczególne urządzenia muszą stale wymieniać dane, rozdzielać energię i automatycznie dostosowywać pracę składu do warunków na trasie. Do tego potrzebne są przekształtniki, baterie trakcyjne oraz systemy sterowania i zarządzania energią. Za opracowanie i integrację tej części pokładowej infrastruktury odpowiada polski zespół ABB, współpracujący z inżynierami PESA. Część podzespołów pakietu trakcyjnego powstanie w Aleksandrowie Łódzkim, pozostałe w zakładach ABB we Włoszech i Szwajcarii. Zespół z Polski ma następnie połączyć urządzenia w jeden system i koordynować współpracę specjalistów z kilku krajów. – W tym projekcie nie chodzi o dostarczenie kilku niezależnych urządzeń i zainstalowaniu ich na pojeździe kolejowym. System zarządzania energią będzie odpowiadał za współpracę trzech różnych źródeł energii i dostosowywanie sposobu pracy pojazdu do warunków na trasie. Wszystko musi tworzyć jeden spójny układ. Nasz zespół odpowiada za dostawę oraz połączenie różnych technologii i koordynację współpracy pomiędzy specjalistami z kilku krajów. To kompetencje znacznie wykraczające poza samą produkcję urządzeń – mówi Dawid Szkucik z biznesu Systemów Napędowych ABB w Aleksandrowie Łódzkim. Pociąg pojedzie tam, gdzie kończy się trakcja HEMU ma odpowiadać na problem, z którym mierzy się kolej w wielu europejskich państwach. Według danych Eurostatu niespełna 60 proc. linii kolejowych w Unii Europejskiej jest zelektryfikowanych. Na pozostałych trasach przewoźnicy muszą korzystać z innego rodzaju napędu. Tam pojazd wykorzystujący kilka źródeł energii może mieć największe zastosowanie. Chodzi szczególnie o linie regionalne i lokalne, gdzie budowa trakcji na całej długości byłaby droga albo skomplikowana technicznie. Dotyczy to również tras przebiegających przez gęsto zabudowane tereny oraz miejsca, gdzie trzeba ograniczyć emisje i hałas. – Możliwość korzystania z trzech źródeł energii daje przewoźnikowi znacznie większą swobodę w planowaniu tras. Pociąg nie zatrzymuje się wraz z końcem sieci trakcyjnej. Może kontynuować jazdę bez silnika Diesla, wykorzystując wodór i energię zgromadzoną w bateriach. To istotne tam, gdzie pełna elektryfikacja linii nie miałaby ekonomicznego uzasadnienia – dodaje ekspert. To nie pierwszy innowacyjny pociąg HEMU nie jest pierwszym wspólnym projektem obu firm związanym z napędem wodorowym. Zespoły PESA i ABB pracowały wcześniej przy lokomotywie wodorowej, której projekt zakończył się w 2021 r. Tym razem zadanie jest jednak bardziej skomplikowane. Nowy skład ma być projektowany zgodnie z europejskimi wymaganiami dotyczącymi interoperacyjności, bezpieczeństwa i eksploatacji. Interoperacyjność oznacza w tym przypadku zdolność pojazdu do pracy w różnych systemach kolejowych według wspólnych europejskich standardów. Dzięki temu doświadczenia zdobyte przy HEMU mogą później znaleźć zastosowanie również poza Polską. Polscy inżynierowie integrują cały system Dzięki temu projektowi rozwiną się kompetencje polskiego przemysłu kolejowego. Polski zespół ABB odpowiada nie za pojedynczy podzespół, lecz za połączenie kilku technologii w jeden działający system. W fabryce PESA gotowy układ napędowy zostanie następnie zintegrowany z pozostałymi instalacjami pojazdu. – Polska jest dziś miejscem, w którym nie tylko produkuje się urządzenia dla kolei. Coraz więcej kompetencji dotyczy projektowania, integracji i prowadzenia całych przedsięwzięć technologicznych. – uważa Dawid Szkucik. – Kilka lat temu wspólnie z firmą PESA zdobywaliśmy doświadczenia przy pierwszej polskiej lokomotywie wodorowej. Dziś część tego samego zespołu pracuje nad bardziej złożonym pojazdem pasażerskim wykorzystującym trzy źródła energii. W ten sposób buduje się lokalne know-how. Jeśli rozwiązanie sprawdzi się w eksploatacji, HEMU może dać przewoźnikom alternatywę dla pociągów spalinowych. Zamiast dostosowywać całą trasę do jednego rodzaju napędu, można byłoby dostosować sam pojazd do infrastruktury, po której jedzie. Polecamy także: Odrabianie lekcji przy kuchennym stole to rzeczywistość dla co trzeciego lokatora mieszkań Serwery grzeją przez całą dobę. Polska chce wykorzystać tę energię w kaloryferach Bruksela obiecuje deregulację. Tymczasem jedna branża śledzi około 250 aktów prawnych Artykuł Europa wciąż ma tysiące kilometrów torów bez trakcji. PESA chce ominąć ten problem pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Odrabianie lekcji przy kuchennym stole to rzeczywistość dla co trzeciego lokatora mieszkań Co trzecia osoba mieszkająca w bloku lub kamienicy przyznaje, że jej mieszkanie nie zapewnia dziecku odpowiednich warunków do nauki. W domach jednorodzinnych podobny problem zgłasza 14 proc. badanych. Najczęściej brakuje dodatkowego pokoju i miejsca do przechowywania, a trudności z metrażem najmocniej odczuwają młodsi dorośli – wynika z badania Nieruchomosci-online.pl. Początek roku szkolnego szybko weryfikuje funkcjonalność mieszkania. Biurko trzeba gdzieś ustawić, podręczniki przechować, a dziecku zapewnić miejsce, w którym może odrobić lekcje bez ciągłego przenoszenia rzeczy z kuchennego stołu. Dla większości mieszkańców bloków i kamienic nie jest to problem. 70 proc. badanych deklaruje, że ich lokum pozwala wygospodarować odpowiednie miejsce do nauki. Pozostałe 30 proc. ma z tym trudność. Wśród mieszkańców domów takich odpowiedzi jest o ponad połowę mniej. Biurko przegrywa z metrażem Najczęściej wskazywanym brakiem w mieszkaniu jest dodatkowy pokój. Chciałoby go 20 proc. respondentów. Taki sam odsetek narzeka na zbyt małą liczbę miejsc do przechowywania. W rodzinach z dziećmi oba problemy się łączą. Brak osobnego pokoju może oznaczać konieczność dzielenia przestrzeni z rodzeństwem albo z rodzicem pracującym zdalnie. Jeśli do tego brakuje szaf i regałów, szkolne książki i przybory zaczynają konkurować o miejsce z resztą domowych rzeczy. – Wraz z pierwszym dzwonkiem wielu rodziców zderza się z wyzwaniem organizacji domowej przestrzeni do nauki. Choć dla większości z nas wygospodarowanie miejsca na biurko nie stanowi problemu, to dla całkiem sporej grupy mieszkańców metraż jest realną przeszkodą, przez co dzieci po prostu nie mają gdzie komfortowo odrabiać lekcji – mówi Anna Zachara-Widła, badaczka zachowań konsumenckich w portalu Nieruchomosci-online.pl. Najbardziej narzekają młodzi Problem ciasnoty nie rozkłada się równomiernie między grupami wiekowymi. Na zbyt mały metraż najczęściej skarżą się osoby w wieku 25-34 lata – 35 proc. badanych. W grupie 35-44 lata ten odsetek wynosi 27 proc. Wśród osób powyżej 55. roku życia spada natomiast do 16 proc. Autorzy badania łączą te różnice z sytuacją życiową i strukturą gospodarstw domowych. – Młodsi rodzice częściej żyją w mniejszych lokalach, w których przy pojawieniu się dzieci zagęszczenie domowników istotnie rośnie. Z kolei starsze pokolenie dysponuje często większym metrażem w przeliczeniu na osobę. W efekcie to w młodszych gospodarstwach domowych konieczność stworzenia dogodnej strefy do nauki silnie pokazuje codzienne bariery przestrzenne – tłumaczy Anna Zachara-Widła. Mieszkanie musi pełnić kilka funkcji Brak miejsca do nauki jest częścią szerszego problemu: współczesne mieszkanie coraz częściej musi jednocześnie pełnić funkcję sypialni, biura, jadalni, miejsca wypoczynku i przestrzeni dla dzieci. Mimo tego 62 proc. mieszkańców mieszkań ocenia, że ich lokum pozwala wygodnie łączyć różne codzienne funkcje. Najlepiej wypadają najbardziej podstawowe potrzeby. Warunki do snu i regeneracji pozytywnie ocenia 88 proc. respondentów, a do wspólnych posiłków – 86 proc. Gorzej jest tam, gdzie trzeba wygospodarować osobną strefę. Kącik do zabawy dla dzieci dobrze ocenia 67 proc. badanych, przestrzeń dla zwierzęcia – 70 proc., a miejsce do nauki również 70 proc. To właśnie te funkcje najtrudniej zmieścić w blokach i kamienicach. Problem mieszkaniowy nie zawsze sprowadza się do liczby metrów kwadratowych zapisanej w ogłoszeniu. Znaczenie ma też to, ile różnych funkcji trzeba na tej powierzchni pogodzić – a wraz z pojawieniem się dzieci lista potrzeb szybko się wydłuża. Badanie "To my. Polacy o nieruchomościach – III kwartał 2026" przeprowadziła w sierpniu agencja Inquiry na zlecenie Nieruchomosci-online.pl. Wzięła w nim udział reprezentatywna grupa 1016 dorosłych Polaków. Przeczytaj także: Bruksela obiecuje deregulację, a tymczasem jedna branża śledzi około 250 aktów prawnych Serwery grzeją przez całą dobę, więc Polska chce wykorzystać tę energię w kaloryferach Jeden miesiąc pustostanu zabiera 8 proc. rocznych wpływów. Właściciele mają powód, by ciąć ceny Artykuł Odrabianie lekcji przy kuchennym stole to rzeczywistość dla co trzeciego lokatora mieszkań pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Serwery grzeją przez całą dobę. Polska chce wykorzystać tę energię w kaloryferach Ciepło odpadowe z polskich centrów danych mogłoby docelowo pokrywać nawet 17 proc. zapotrzebowania krajowego ciepłownictwa systemowego. To wynika z wyliczeń Polskiego Związku Centrów Danych (PLDCA), przywołanych w raporcie przygotowanym wspólnie z PwC Polska. Już do 2030 r. potencjał odzysku może sięgnąć niemal 19,7 tys. TJ rocznie, czyli ponad 7 proc. zapotrzebowania na ciepło sieciowe. Energia, którą dziś serwerownie muszą usuwać przez systemy chłodzenia, może więc trafiać do miejskich sieci i ogrzewać budynki. Potencjał będzie rósł wraz z rynkiem data center. Moc operacyjna centrów danych w Polsce wynosi obecnie około 250 MW, a do 2031 r. może przekroczyć 550 MW. Jeszcze większej skali spodziewają się Polskie Sieci Elektroenergetyczne: w swoich analizach przyjęły około 3,1 GW mocy centrów danych w 2036 r. i 5 GW w 2040 r. Rozwój AI, chmury i kolejnych usług cyfrowych będzie zwiększał zapotrzebowanie na moc obliczeniową. A niemal każda kilowatogodzina zużyta przez serwery wcześniej czy później kończy jako ciepło, które trzeba odprowadzić z obiektu. Serwerownia produkuje ciepło bez przerwy Centrum danych działa przez całą dobę i przez cały rok. Dzięki temu również strumień powstającego w nim ciepła jest stosunkowo przewidywalny i nie zależy od pogody. Jeśli uda się go zagospodarować, może zastąpić część energii produkowanej z paliw kopalnych. Mechanizm jest prosty. Energia elektryczna zasilająca serwery i pozostałą infrastrukturę IT zamienia się w ciepło. System chłodzenia odbiera je z urządzeń. Następnie energia może zostać wykorzystana w pobliżu centrum danych albo – po uzyskaniu odpowiedniej temperatury – przekazana do miejskiej sieci ciepłowniczej. Z szacunków PLDCA w 2035 r. odzyskiwane ciepło mogłoby odpowiadać około 16 proc. krajowego zapotrzebowania na ciepło sieciowe. Taka moc mogłaby ogrzać około 2,5 mln mieszkań. Najpierw trzeba połączyć serwery z miastem Sam nadmiar ciepła nie wystarczy. O tym, czy da się je wykorzystać, decydują m.in. lokalizacja centrum danych, odległość od odbiorców, lokalne zapotrzebowanie, temperatura energii opuszczającej serwerownię oraz możliwości istniejącej sieci. – Polska ma dobre warunki infrastrukturalne. Dysponujemy drugim co do wielkości rynkiem ciepłownictwa systemowego w Unii Europejskiej, a centra danych koncentrują się przede wszystkim w zasięgu dużych aglomeracji, gdzie funkcjonują rozbudowane sieci ciepłownicze. Daje nam to istotną przewagę, jednak o możliwości efektywnego wykorzystania ciepła z centrum danych decydują przede wszystkim lokalizacja źródła względem odbiorców, zapotrzebowanie na ciepło oraz warunki techniczne po stronie lokalnego systemu – m.in. wymagane temperatury i możliwości przyłączenia – wyjaśnia Piotr Kowalski, dyrektor zarządzający PLDCA. Problemem bywa temperatura. W wielu tradycyjnych systemach chłodzenia ciepło opuszczające centrum danych ma zbyt niskie parametry, by od razu skierować je do dużej sieci ciepłowniczej, szczególnie zimą. Wtedy potrzebne są pompy ciepła, które podnoszą temperaturę do wymaganego poziomu. Rozwój infrastruktury dla sztucznej inteligencji może częściowo ułatwić odzysk. Większa gęstość mocy obliczeniowej sprzyja chłodzeniu cieczą w obiegu zamkniętym, które pozwala odbierać ciepło odpadowe przy wyższej temperaturze. Dzięki temu potrzeba jego późniejszego "podbijania" pompami może być mniejsza. Sieci ciepłownicze wymagają modernizacji Polska ma rozbudowane ciepłownictwo systemowe, ale spora część infrastruktury jest już zużyta. Według danych URE stopień dekapitalizacji sieci sięga 50,61 proc. Projekt Strategii Transformacji Ciepłownictwa zakłada nakłady w wysokości 197-231 mld zł do 2040 r. Zmienia się też sam model ciepłownictwa. Modernizacja ma przygotować system do pracy z bardziej rozproszonymi źródłami energii. Oprócz tradycyjnych ciepłowni sieć będzie musiała współpracować z pompami ciepła, geotermią, magazynami ciepła czy właśnie centrami danych. Zamiast przesyłać energię wyłącznie z kilku dużych źródeł do odbiorców, przyszła sieć ma zbierać ją z wielu punktów o różnych parametrach i lokalizacjach. W takim układzie serwerownia może stać się jednym z elementów miejskiego miksu ciepłowniczego. Pierwsze projekty już powstają To nie jest technologia odłożona na następną dekadę. W Poznaniu Beyond.pl i Veolia Energia Poznań pracują nad wykorzystaniem ciepła z centrum danych w miejskiej sieci. Przygotowywana instalacja ma mieć około 30 MWt mocy. Jej wykorzystanie może ograniczyć emisję CO₂ o około 52,5 tys. ton rocznie. We Wrocławiu Fortum uruchomiło instalację o mocy 1,6 MW. KOGENERACJA podpisała natomiast w 2026 r. listy intencyjne dotyczące wykorzystania energii cieplnej z serwerowni Wrocławskiego Centrum Sieciowo-Superkomputerowego Politechniki Wrocławskiej oraz infrastruktury Citylink. W październiku NASK i PGE ogłosiły z kolei współpracę przy rozwoju centrów danych na terenach i z wykorzystaniem infrastruktury energetycznej PGE. Projekt ma obejmować również przekazywanie ciepła z serwerów do systemów ciepłowniczych. Dania i Finlandia są już krok dalej Za granicą podobne instalacje pracują już na znacznie większą skalę. Centrum danych Meta w duńskim Odense może dostarczać do miejskiej sieci około 165 tys. MWh odzyskanego ciepła rocznie. Taka ilość odpowiada zapotrzebowaniu około 11 tys. gospodarstw domowych. W Finlandii Fortum wykorzystuje ciepło z centrów danych Microsoftu w systemie obejmującym Espoo, Kauniainen i Kirkkonummi. Docelowo projekt ma pokryć około 40 proc. rocznego zapotrzebowania na ciepło sieciowe około 250 tys. odbiorców. Europejski rynek ciepłowniczy już zmierza w stronę mniej emisyjnych źródeł. Według raportu Euroheat & Power OZE i ciepło odpadowe odpowiadały w 2024 r. za 46,2 proc. energii dostarczanej do europejskich systemów ciepłowniczych. Regulacje popychają odzysk ciepła do przodu Ciepło odpadowe znalazło się też w krajowych planach energetycznych. Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu (KPEiK) uwzględnia rosnące zapotrzebowanie na energię związane z rozwojem centrów danych i AI oraz zwiększenie wykorzystania energii odpadowej w ciepłownictwie. Strategia transformacji sektora do 2040 r. ma rozwijać ten kierunek, a zagospodarowanie ciepła odpadowego wpisano do jej głównych celów. Do tego dochodzą pieniądze. Fundusz Transformacji Ciepłownictwa NFOŚiGW z budżetem wynoszącym co najmniej 3 mld zł ma finansować m.in. wykorzystanie ciepła odpadowego, pompy ciepła, magazyny energii cieplnej i modernizację infrastruktury. Presję zwiększa także unijna dyrektywa EED. Państwa członkowskie mają zapewnić wykorzystanie ciepła odpadowego w centrach danych o całkowitej znamionowej mocy wejściowej powyżej 1 MW, chyba że inwestor wykaże, iż jest to niewykonalne technicznie albo ekonomicznie. Polska ma wdrożyć te zasady poprzez nowelizację Prawa energetycznego. – Mamy dziś kilka elementów, które zaczynają się ze sobą łączyć: rosnący potencjał ciepła z centrów danych, potrzebę dekarbonizacji ciepłownictwa, nowe wymagania regulacyjne i środki na modernizację systemów. Kluczowe będzie przełożenie ich na projekty, w których źródło ciepła i jego odbiorca są planowane wspólnie. Szacowane przez PLDCA 17% pokazuje skalę możliwości, ale to, jaka część tego potencjału zostanie rzeczywiście wykorzystana, zależy od lokalizacji inwestycji, możliwości technicznych lokalnych systemów oraz ekonomiki konkretnych przedsięwzięć – mówi Piotr Kowalski. Cyfryzacja będzie więc jednocześnie zwiększać zużycie prądu i produkować coraz większy strumień energii cieplnej. Jeśli nowe serwerownie i inwestycje ciepłownicze będą planowane razem, część energii zużywanej przez AI, streaming czy usługi chmurowe może ostatecznie wrócić do mieszkań. Polecamy także: Bruksela obiecuje deregulację. Tymczasem jedna branża śledzi około 250 aktów prawnych Nad Wisłą mamy mało wody, ale dobry klimat dla centrów danych. AI komplikuje rachunek 97 proc. programistów korzysta z AI. Szkoły i uczelnie zostały z tyłu Artykuł Serwery grzeją przez całą dobę. Polska chce wykorzystać tę energię w kaloryferach pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Bruksela obiecuje deregulację. Tymczasem jedna branża śledzi około 250 aktów prawnych Będziemy deregulować – zapowiada od miesięcy Komisja Europejska (KE). Od początku 2025 r. Bruksela przedstawiła 12 pakietów uproszczeń, które mają zmniejszyć koszty administracyjne firm. A jednocześnie w życie wchodzą m.in. nowe przepisy dotyczące opakowań, wylesiania czy emisji samochodów. Jak bardzo przeregulowana jest europejska gospodarka, dobrze pokazuje branża kosmetyczna. Na ten sektor oddziałuje około 250 aktów prawnych będących w trakcie zmian, przeglądu albo w procesie legislacyjnym. Równocześnie z liczbą przepisów rosną ceny energii i konkurencja z rynków, na których producenci nie muszą ponosić takich samych kosztów dostosowania do wymogów. Już w 2024 r. Mario Draghi w swoim raporcie wymieniał wysokie ceny energii, presję regulacyjną, słabą produktywność i bariery dla przedsiębiorstw wśród problemów osłabiających konkurencyjność Europy. Komisja Europejska odpowiada pakietami uproszczeń, ale przedstawiciele biznesu i część polityków oceniają, że tempo zmian jest nadal zbyt wolne. Bruksela upraszcza i jednocześnie reguluje Od stycznia 2025 r. do czerwca 2026 r. Komisja zaproponowała 12 zbiorczych inicjatyw legislacyjnych, które mają ograniczyć obciążenia administracyjne. Oszczędności mają sięgać około 17 mld euro rocznie. KE deklaruje również, że chce przyspieszać wydawanie pozwoleń. Chce też walczyć z tzw. gold-platingiem – to zjawisko polegające na dokładaniu przez państwa członkowskie dodatkowych obowiązków ponad wymagania prawa unijnego. Firmy z kolei przygotowują się do kolejnych regulacji. Od sierpnia 2026 r. obowiązuje już część przepisów PPWR, czyli rozporządzenia w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych. Obejmują m.in. projektowanie opakowań, udział materiałów z recyklingu, oznakowanie i ograniczenia dotyczące części produktów jednorazowych. Do tego dochodzi EUDR – unijne rozporządzenie przeciwko wylesianiu. Firmy objęte przepisami będą musiały potwierdzać, że określone produkty trafiające na rynek UE lub z niego eksportowane nie przyczyniają się do wylesiania ani degradacji lasów. Kolejną zmianą jest Euro 7, które od 29 listopada 2026 r. obejmie nowe typy samochodów osobowych i dostawczych. Europosłanka Anna Bryłka ocenia, że taki sposób stanowienia prawa podważa wiarygodność zapowiedzi deregulacyjnych. – W raporcie Draghiego jasno wybrzmiało, że unijna gospodarka jest przeregulowana, że mamy za dużo biurokracji. Tylko co z tego, jeśli na przykład wchodzi w życie rozporządzenie PPWR, EUDR, a Euro 7 będzie obowiązywało od listopada – mówi europosłanka. Kosmetyki w Polsce rosną szybciej niż rynek UE Interesujący przypadek w tej dyskusji stanowi branża kosmetyczna, która w Polsce szybko rośnie. W 2025 r. nasz krajowy rynek kosmetyczny zwiększył wartość o 9,3 proc., co oznacza, że rósł niemal dwukrotnie szybciej niż cały unijny rynek. Jeśli chodzi o wielkość polskiego rynku kosmetycznego, plasujemy się na 5. miejscu w UE. Jesteśmy też ósmym co do wielkości eksporterem kosmetyków na świecie. Żeby utrzymać tę pozycję, trzeba inwestować w produkty, technologię i ekspansję. A część środków, które mogłyby finansować rozwój, pochłania dziś dostosowywanie działalności do kolejnych wymogów. Regulacje dotyczą praktycznie całego życia produktu: składników, receptury, bezpieczeństwa, opakowania, oznakowania i późniejszego zagospodarowania odpadów. Firmy muszą śledzić równolegle m.in. zmiany rozporządzenia kosmetycznego, przepisy dotyczące chemikaliów i nowe obowiązki środowiskowe. – To, z czym boryka się w tej chwili europejska, a szczególnie polska branża kosmetyczna, to nadregulacja i zbyt duże tempo zmian. Regulacje często nakładają się na siebie, a czasem są ze sobą sprzeczne, co utrudnia inwestycje. Powodują, że nawet taki duży gracz jak L'Oréal ma zadyszkę i kłopoty związane z tym, że regulacja goni regulację. One dotyczą całego łańcucha produkcji kosmetyku – od surowca, przez formułę i opakowanie, aż po odpady – mówi Blanka Chmurzyńska-Brown, dyrektorka public affairs L'Oréal Polska i Kraje Bałtyckie. Firmy zapłacą za oczyszczanie ścieków Nowym obciążeniem dla tego sektora może być znowelizowana dyrektywa dotycząca oczyszczania ścieków komunalnych, wprowadzająca rozszerzoną odpowiedzialność producenta. Zgodnie z nią branża kosmetyczna i farmaceutyczna mają finansować minimum 80 proc. kosztów dodatkowego oczyszczania ścieków. Czwarty stopień oczyszczania to technologia, która pozwala usuwać mikrozanieczyszczenia, których konwencjonalne oczyszczalnie nie są w stanie wyłapać w wystarczającym stopniu. Z tym mechanizmem nie zgadza się Polska. Nasz kraj zakwestionował go przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. We wrześniu 2026 r. rzeczniczka generalna TSUE Juliane Kokott zaproponowała uwzględnienie polskiej skargi i unieważnienie przepisów dotyczących finansowania systemu. Zakwestionowała m.in. dane wykorzystane przy decyzji o obciążeniu kosztami właśnie producentów kosmetyków i farmaceutyków, ale jej opinia nie jest jeszcze wyrokiem Trybunału. Branża kosmetyczna deklaruje przy tym, że to nie same cele środowiskowe budzą sprzeciw, tylko sposób podziału kosztów. – Jako firma i cały sektor kosmetyczny nie chcemy walczyć z Zielonym Ładem. Chcielibyśmy tylko, żeby takie regulacje jak PPWR czy ta nieszczęsna dyrektywa ściekowa były proporcjonalne i sprawiedliwe, żeby obarczały takimi samymi obowiązkami innych graczy na rynku, żeby nie tylko branża kosmetyczna i farmaceutyczna finansowała te zmiany – mówi Chmurzyńska-Brown. Regulacje konkurują z innowacjami Nowe obowiązki sprawiają, że firmy muszą płacić i inwestować w nowe instalacje, ale to nie wszystko. Trzeba też zaangażować pracowników w analizowanie przepisów, zmiany dokumentacji czy receptur. A przecież w tym czasie mogliby pracować nad nowymi produktami. Samo L'Oréal zatrudnia około 4 tys. naukowców i przeznacza 3 proc. obrotu na rozwój innowacji. Przedstawicielka firmy przekonuje jednak, że rosnąca część zasobów trafia na obsługę zmian prawnych. – Zamiast inwestować pieniądze w nowe produkty i rozwój, musimy cały czas śledzić zmiany. Wydajemy wiele zasobów na pogoń za zmianą, a nie na rozwój nowych produktów – mówi Blanka Chmurzyńska-Brown. Cała unijna gospodarka mierzy się z podobnym kłopotem. Wysokie koszty energii, regulacje i trudniejsze warunki prowadzenia biznesu mogą utrudniać firmom inwestowanie oraz komercjalizowanie nowych technologii. Komisja Europejska próbuje odpowiedzieć na te bariery poprzez wsparcie finansowania młodych firm technologicznych. W 2026 r. europejskie start-upy z najbardziej zaawansowanych technologii mają zmierzać w stronę rekordowego poziomu inwestycji venture capital, a jednym z narzędzi wsparcia jest Europejski Fundusz na rzecz Przedsiębiorstw Scale-up. Konkurencja spoza Europy nie czeka Europejska branża kosmetyczna konkuruje z producentami z krajów, które nie mają takich rygorów prawnych. Szczególnie szybko rośnie Korea Południowa. W 2025 r. wartość koreańskiego eksportu kosmetyków osiągnęła rekordowe 11,4 mld dolarów, o 11,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Obecnie jest drugim co do wielkości eksporterem kosmetyków na świecie, wyprzedziwszy Stany Zjednoczone. Koreańskie marki zwiększają swoją widoczność także w Polsce. Import kosmetyków z tego kierunku praktycznie się podwoił w ciągu roku: z 120 mln do 250 mln euro. Aż 92 proc. tej wartości stanowiły produkty do pielęgnacji skóry. Według przedstawicielki L'Oréal dla sektora kosmetycznego istnieje obecnie około 250 unijnych aktów prawnych, które są nowelizowane, przeglądane albo znajdują się w procesie legislacyjnym. Firmy europejskie muszą ponosić związane z nimi koszty, podczas gdy ich zagraniczni konkurenci działają w innych systemach prawnych. Energia dokłada własny rachunek Regulacje są tylko jednym z elementów europejskiej układanki. Drugim są ceny energii, szczególnie dotkliwe dla energochłonnych części przemysłu, jak na przykład stalowy, ceramiczny, nawozowy i energetyczny. Anna Bryłka uważa, że system ETS, w którym przedsiębiorstwa płacą za emisję CO₂, dodatkowo zwiększa ich koszty. Komisja Europejska sama uznaje wysokie ceny energii za problem konkurencyjności. Dlatego wśród kierunków działań pojawiają się dalsza elektryfikacja gospodarki i uproszczenie procedur, które mają ułatwiać inwestowanie. KE deklaruje cięcie biurokracji, podczas gdy firmy równocześnie przygotowują się do następnych regulacji środowiskowych, produktowych i sprawozdawczych. Równowaga jest trudna do osiągnięcia Przykład kosmetyków pokazuje, dlaczego dyskusja o deregulacji nie sprowadza się do prostego wyboru między "więcej" a "mniej" przepisów. Branża kosmetyczna produkuje towary trafiające bezpośrednio do konsumentów, więc regulacje dotyczące bezpieczeństwa produktów, substancji chemicznych czy odpadów mają określone cele ochronne. Koszt i tempo ich wdrażania wpływają jednak na możliwości inwestycyjne firm. Unia próbuje już część wymogów upraszczać. Pakiet Omnibus VI obejmuje m.in. rozporządzenie kosmetyczne oraz przepisy CLP dotyczące klasyfikacji, oznakowania i pakowania substancji. Parlament Europejski i Rada osiągnęły w czerwcu 2026 r. wstępne porozumienie dotyczące części uproszczeń dla sektora chemicznego. Same pakiety deregulacyjne mogą zmniejszyć część obciążeń, ale ich efekt będzie zależał od tego, czy kolejne przepisy nie stworzą w tym samym czasie nowych kosztów. Polskim producentom może z kolei pomóc handel poza Europą. Nowe perspektywy daje negocjowana umowa UE-Indie. Dzisiaj cła na europejskie kosmetyki sięgają tam 22 proc., a większość ma zostać zniesiona po pięciu lub siedmiu latach od wejścia umowy w życie. Przeczytaj także: Jeden miesiąc pustostanu zabiera 8 proc. rocznych wpływów. Właściciele mają powód, by ciąć ceny Google chce, by Android czytał między wierszami. Wszystko w imię walki z oszustami Firmy mogą odetchnąć. Jeden obowiązek odroczony, drugi mocno ograniczony Artykuł Bruksela obiecuje deregulację. Tymczasem jedna branża śledzi około 250 aktów prawnych pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Firmy mogą odetchnąć. Jeden obowiązek odroczony, drugi mocno ograniczony Minister Finansów i Gospodarki przedłożył dwa projekty ustaw – informuje Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Kary za błędy w KSeF mają poczekać jeszcze rok, a około 90 proc. firm, które miały raportować ESG, może uniknąć tego obowiązku. Dwa projekty ustaw przynoszą przedsiębiorcom zarówno więcej czasu, jak i mniej biurokracji. Zmiany obejmują też VAT oraz zakres informacji, których duże firmy mogą żądać od mniejszych partnerów. Firmy jeszcze nie zapłacą za nieprawidłowości w KSeF Pierwszy to projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw. Przewiduje odroczenie do końca 2027 r. nakładania kar pieniężnych za błędy związane z Krajowym Systemem e-Faktur (KSeF). Chodzi także o przedłużenie o 3,5 roku mechanizmu odwrotnego obciążenia VAT dla gazu, energii elektrycznej i uprawnień do emisji gazów cieplarnianych. Proponowane przepisy ułatwią przedsiębiorcom dostosowanie się do nowego systemu. Mają też zapewnić większą przewidywalność prowadzenia działalności gospodarczej. "Zmiany są odpowiedzią na potrzeby zgłaszane przez przedsiębiorców. Zapewnią im dodatkowy czas na dostosowanie się do nowych obowiązków związanych z KSeF, a jednocześnie ograniczą ryzyko nakładania kar w tym okresie. Przedłużenie stosowania mechanizmu odwrotnego obciążenia VAT pozwoli natomiast utrzymać rozwiązanie, które przeciwdziała nadużyciom podatkowym i ułatwia kontrolę rozliczeń VAT na rynku giełdowym" – podano w komunikacie. Co proponuje pierwszy projekt ustawy? Projekt zakłada odroczenie stosowania kar za nieprawidłowości związane z wystawianiem faktur w systemie KSeF. Pierwotnie kary miały być stosowane od 1 stycznia 2027 r. Odroczenie ma ułatwić przedsiębiorcom dostosowanie się do nowych obowiązków – zarówno tym, którzy już korzystają z KSeF, ale napotykają trudności, jak i tym, którzy korzystają z okresów przejściowych. Chodzi m.in. o podatników, których miesięczna sprzedaż udokumentowana fakturami wystawianymi poza KSeF nie przekracza 10 tys. zł brutto. Odroczenie kar będzie obowiązywać do końca 2027 r. Brak kar pieniężnych w okresie przejściowym nie oznacza, że przedsiębiorcy będą zwolnieni z obowiązku prawidłowego rozliczania podatków. Krajowa Administracja Skarbowa będzie przypominać o obowiązkach, prowadzić działania informacyjne i sprawdzać, czy niestosowanie KSeF nie prowadzi do nieprawidłowego rozliczania VAT. Oprócz tego projekt proponuje też przedłużenie mechanizmu odwrotnego obciążenia VAT do 30 czerwca 2030 r. Odwrotne obciążenie oznacza, że VAT rozlicza nabywca, a nie sprzedawca. Takie rozwiązanie ma ograniczać nadużycia podatkowe i pomagać w uszczelnianiu systemu VAT. Jego przedłużenie pozwoli również uniknąć dodatkowych kosztów po stronie uczestników rynku giełdowego, które mogłyby zostać przeniesione na odbiorców. Chodzi o gaz, energię elektryczną oraz usługi związane z przenoszeniem uprawnień do emisji gazów cieplarnianych. Nowe przepisy mają wejść w życie 31 grudnia 2026 r. 90 proc. firm uniknie obowiązku raportowania ESG Drugi z przyjętych projektów uprości zasady raportowania ESG przez firmy. To projekt ustawy o zmianie ustawy o rachunkowości oraz niektórych innych ustaw. Raport ESG, określany także jako sprawozdawczość zrównoważonego rozwoju, obejmuje takie obszary, jak np. informacje o wpływie działalności przedsiębiorstw na środowisko. "Obowiązek raportowania będzie dotyczył węższej grupy firm. Dzięki zmianom ok. 90 proc. przedsiębiorstw, które zgodnie z dotychczasowymi przepisami musiałyby składać raporty, uniknie związanych z tym kosztów i obciążeń administracyjnych. Nowe przepisy ograniczają także obowiązki informacyjne wobec mniejszych podmiotów współpracujących z raportującymi przedsiębiorstwami. Zmiany wynikają z unijnej dyrektywy, która jest częścią działań na rzecz ograniczenia biurokracji i poprawy konkurencyjności europejskich przedsiębiorstw" – czytamy w komunikacie. Co proponuje ten projekt? Po pierwsze obowiązek sporządzania raportów ESG zostanie ograniczony. Nadal będą musiały go zrobić firmy, które przez dwa kolejne lata obrotowe zatrudniają ponad 1000 pracowników i osiągają przychody netto ze sprzedaży towarów i produktów przekraczające 1,9 mld zł rocznie. Resort uważa, że dzięki temu rozwiązaniu ok. 90 proc. firm, które według dotychczasowych przepisów miały składać raport, uniknie kosztownej biurokracji. Po drugie, zmiany obejmą też przedsiębiorstwa, które mają obowiązek raportowy. Nie będą mogły żądać informacji ESG wykraczających poza zakres określony w dobrowolnych standardach raportowania od mniejszych biznesowych partnerów, zatrudniających średnio nie więcej niż 1000 osób. Firmy zyskają też szerszą możliwość pomijania w raportach ESG informacji. Chodzi o takie dane, które mogłyby: zaszkodzić ich pozycji rynkowej, stanowić naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa albo zagrażać poufności, prywatności lub bezpieczeństwu. Rozwiązanie obejmie m.in. informacje dotyczące wiedzy technicznej, własności intelektualnej i wyników innowacji. Pominięcie informacji będzie wymagało spełnienia określonych warunków. Dodatkowo niektóre finansowe spółki holdingowe, czyli podmioty zarządzające udziałami w innych spółkach, będą mogły nie sporządzać raportu ESG dla całej grupy. Warunkiem jest to, że działalność i modele biznesowe ich spółek zależnych mają być od siebie niezależne. Nowe przepisy dotyczące raportowania ESG, jeśli zostaną przyjęte, będą co do zasady stosowane po raz pierwszy do kolejnego roku obrotowego, zaczynającego się po 31 grudnia 2026 r. W przypadku firm, których rok obrotowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym, nowe zasady obejmą raporty za 2027 r. Polecamy również: Google chce, by Android czytał między wierszami. Wszystko w imię walki z oszustami Wprowadzanie w błąd i ukryte opłaty. UOKiK reaguje na skargi pożyczkobiorców Urlop na godziny zamiast kombinowania z odrabianiem. Do Sejmu trafiła petycja Artykuł Firmy mogą odetchnąć. Jeden obowiązek odroczony, drugi mocno ograniczony pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Google chce, by Android czytał między wierszami. Wszystko w imię walki z oszustami Na urządzeniach z Androidem ma pojawić się nowe zabezpieczenie. Google chce wykorzystać sztuczną inteligencję, aby skuteczniej wykrywać oszustwa. AI ma analizować kontekst wiadomości i połączeń, co pozwoli na wychwycenie manipulacji nawet wtedy, gdy jeszcze nie pojawił się podejrzany link ani charakterystyczne sformułowanie. Wątpliwości budzi jednak to, że część bardziej złożonych analiz ma odbywać się w chmurze. Kto więc będzie miał dostęp do prywatnych rozmów użytkowników? Google zapewnia, że taka zaawansowana ochrona będzie opcjonalna i uruchamiana za zgodą właściciela telefonu. Oszuści coraz rzadziej muszą polegać na wiadomościach pełnych błędów czy łatwych do rozpoznania podejrzanych adresach. Mogą prowadzić zwyczajnie wyglądającą rozmowę, stopniowo budować zaufanie, a następnie poprosić np. o przelew lub udostępnienie ekranu. Jeszcze trudniej rozpoznać atak, gdy przestępca przejmie konto znajomej osoby. Wiadomość może wtedy nadejść z właściwego profilu, być napisana znajomym językiem i zawierać informacje, które nie wzbudzają podejrzeń. AI ma czytać między wierszami Google rozszerza zabezpieczenia Androida właśnie z myślą o takich scenariuszach. Sztuczna inteligencja ma oceniać szerszy kontekst rozmowy, zamiast szukać jedynie pojedynczych podejrzanych zwrotów lub niebezpiecznych linków. Obecne systemy wykrywają już ponad 5 mln podejrzanych połączeń i wiadomości miesięcznie. Nowe mechanizmy mają pozwolić na rozpoznawanie bardziej wyrafinowanych prób wyłudzenia. To istotna zmiana w sposobie działania ochrony. Jeśli oszust przez kilka wiadomości zachowuje się wiarygodnie, dopiero zestawienie kolejnych elementów rozmowy może ujawnić, że prośba o pieniądze lub dane jest częścią manipulacji. – Nowe mechanizmy ochrony to krok w dobrym kierunku, szczególnie dla osób, które nie zawsze potrafią rozpoznać próbę oszustwa. AI może wychwycić sygnały manipulacji nawet wtedy, gdy pojedyncza wiadomość nie wygląda podejrzanie. Dobrym przykładem jest przejęte konto znajomego, z którego przestępca prosi o pieniądze. Jednocześnie warto zwrócić uwagę na kwestię prywatności. Jeśli system analizuje kontekst rozmowy, użytkownik powinien wiedzieć, jakie informacje są wykorzystywane i gdzie odbywa się ich przetwarzanie – komentuje Kamil Sadkowski, analityk cyberzagrożeń ESET. Skuteczniejsza ochrona potrzebuje więcej danych Większe możliwości AI mają jednak swoją drugą stronę. Żeby system rozumiał kontekst, musi przetwarzać więcej informacji niż zabezpieczenie sprawdzające np. sam adres strony internetowej. W przypadku części nowych funkcji analiza będzie mogła odbywać się w chmurze, a więc poza samym telefonem użytkownika. ESET zwraca uwagę, że właśnie tutaj pojawiają się pytania o prywatność. Jak dużego fragmentu rozmowy potrzebuje AI do analizy? Jak długo będą przetwarzane takie informacje? Jaką kontrolę będzie miał właściciel urządzenia? Sprawa staje się szczególnie wrażliwa, gdy rozmowa dotyczy finansów, pracy albo życia osobistego. Skuteczniejsze wykrywanie oszustw wymaga bowiem rozpoznania sytuacji, w której pada np. prośba o pieniądze, ale jednocześnie system może mieć dostęp do szerszego kontekstu komunikacji. Google odpowiada: Private AI Compute Google deklaruje, że analizę w chmurze przeprowadzi w specjalnie zabezpieczonym środowisku Private AI Compute. Ma ono chronić poufność przetwarzanych informacji. Według zapewnień firmy dane mają być zaszyfrowane oraz zabezpieczone przed nieuprawnionym dostępem. Zaawansowana ochrona nie będzie też obowiązkowa – użytkownik będzie musiał wyrazić zgodę na jej uruchomienie. Nie odpowiada to jednak na wszystkie pytania dotyczące sposobu przetwarzania danych. – Warto jednak spojrzeć także na drugą stronę medalu. Google zapowiada, że w przypadku bardziej złożonych oszustw część analizy będzie odbywać się w chmurze. Oznacza to, że nie wszystkie informacje będą przetwarzane wyłącznie na naszym telefonie. Google zapewnia, że dane pozostaną zaszyfrowane i chronione przed nieuprawnionym dostępem, również ze strony samej firmy. Nadal jednak zasadne są pytania o to, jak duży fragment rozmowy jest potrzebny do takiej analizy, jak długo informacje są przetwarzane i jakie mechanizmy gwarantują ich poufność – mówi Kamil Sadkowski. Analityk dodaje, że użytkownicy powinni otrzymywać jasne informacje o działaniu zabezpieczeń i zachowywać kontrolę nad swoimi danymi. Nie chodzi więc o wybór między prywatnością a ochroną przed oszustwem, lecz o sposób zaprojektowania systemu, który ma pogodzić oba cele. Nowe funkcje nie trafią od razu do wszystkich Google zamierza wdrażać nowe zabezpieczenia stopniowo. Nie wszyscy użytkownicy Androida otrzymają je więc w tym samym czasie. Rozwiązanie pokazuje szerszą zmianę w cyberbezpieczeństwie. Im bardziej przekonujące stają się metody stosowane przez oszustów, tym trudniej polegać wyłącznie na prostych filtrach opartych na konkretnych słowach, numerach telefonów czy adresach internetowych. Sztuczna inteligencja może próbować rozpoznać sam mechanizm manipulacji – np. budowanie zaufania, tworzenie presji czasu czy przygotowywanie użytkownika do przekazania pieniędzy. Ceną za bardziej kontekstową analizę może być jednak konieczność przetwarzania większej części komunikacji. Ile informacji o prywatnej rozmowie użytkownik jest gotów udostępnić systemowi, który ma go ochronić przed tym, czego sam może nie zauważyć? Przeczytaj także: Jeden miesiąc pustostanu zabiera 8 proc. rocznych wpływów. Właściciele mają powód, by ciąć ceny Fałsz miesza się z prawdziwymi obawami. Tak dezinformacja wchodzi do debaty o energii Małpki z kaucją, branża z rachunkiem. Rozszerzenie systemu może kosztować 2 mld zł Artykuł Google chce, by Android czytał między wierszami. Wszystko w imię walki z oszustami pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Jeden miesiąc pustostanu zabiera 8 proc. rocznych wpływów. Właściciele mają powód, by ciąć ceny We wrześniu liczba mieszkań oferowanych na wynajem wzrosła o 12 proc. w porównaniu z sierpniem, a średnie stawki w miastach wojewódzkich spadły o 1,3 proc. – najmocniej w tym roku. Najemcy zyskali więc jednocześnie większy wybór i niższe ceny, a przez cały III kwartał czynsze były już nieznacznie niższe niż rok wcześniej. Jeśli podaż utrzyma się na obecnym poziomie, w kolejnych miesiącach najemcy mogliby częściej negocjować z właścicielami – ocenia Otodom. – Jeśli liczba mieszkań dostępnych na wynajem utrzyma się na obecnym poziomie, w IV kwartale najemcy mogą mieć większe pole do negocjacji niż w 2025. Sam wrześniowy wzrost liczby ofert nie jest zaskoczeniem – podobny widzieliśmy w danych Otodom przed rokiem. Wtedy jednak, mimo większego wyboru mieszkań, czynsze w ujęciu rocznym wciąż rosły. Dziś stawki zaczynają się obniżać – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom. Mieszkań na wynajem mocno przybyło We wrześniu w serwisie Otodom pojawiło się 21,7 tys. nowych ogłoszeń – średnio jedno co dwie minuty. Na koniec miesiąca najemcy mieli do wyboru 27,3 tys. ofert w całej Polsce. Wzrost podaży objął niemal wszystkie rynki wojewódzkie. Najmocniej liczba ogłoszeń zwiększyła się w Kielcach – o 28 proc. miesiąc do miesiąca. W Lublinie wzrost wyniósł 19 proc., a w Krakowie i Wrocławiu po 15 proc. Wraz z tymi danymi obserwowano spadek stawek za wynajem. W porównaniu z sierpniem czynsze obniżyły się w 12 z 16 analizowanych miast wojewódzkich. Największą miesięczną przecenę zanotowały Kielce – o 3,6 proc. Niewielkie podwyżki pojawiły się jedynie w Bydgoszczy, Łodzi, Opolu i Szczecinie. Warszawa ponad dwa razy droższa niż najtańsze miasto Przeciętna miesięczna cena ofertowa najmu na 16 badanych rynkach wyniosła we wrześniu 2676 zł. To o 35 zł mniej niż miesiąc wcześniej. Otodom zastrzega jednak, że jest to średnia, w której każde miasto ma taką samą wagę niezależnie od liczby dostępnych mieszkań. A różnice między poszczególnymi rynkami są ogromne. Najwyższą stawkę w zestawieniu miała, bez zaskoczenia, stolica – 4821 zł miesięcznie. W Kielcach było to 2008 zł. – Różnice są spore. W Warszawie średni czynsz wynosi 4,8 tys. zł, czyli jest niemal dwa i pół raza wyższy niż w Kielcach, gdzie za wynajem trzeba zapłacić przeciętnie 2 tys. zł. W obu miastach najpopularniejsze są mieszkania dwupokojowe, ale w Kielcach najemcy szukają ich zwykle za maksymalnie 2 tys. zł, a w Warszawie do 3,5 tys. zł – dodaje Paweł Jarząbek. Powyżej 3 tys. zł znalazły się jeszcze Trójmiasto – 3183 zł, Kraków – 3110 zł oraz Wrocław – 3037 zł. Z kolei w Białymstoku przeciętna oferta opiewała na 2135 zł, w Łodzi na 2255 zł, a w Katowicach na 2315 zł. Kraków tanieje najmocniej rok do roku Największy roczny spadek ceny ofertowej w zestawieniu zanotował Kraków. We wrześniu przeciętny czynsz był tam o 5,2 proc. niższy niż rok wcześniej, choć nadal przekraczał 3,1 tys. zł miesięcznie. Jednocześnie najemcy mieli do wyboru o 15 proc. więcej ofert mieszkań niż w sierpniu. Spadki rok do roku widać również m.in. w Rzeszowie – o 4,3 proc., Lublinie – o 4 proc., Wrocławiu – o 3,5 proc. i Warszawie – o 2,6 proc. W przeciwną stronę ciągną natomiast Opole i Olsztyn, gdzie stawki najbardziej wzrosły – odpowiednio o 5,4 oraz 5,1 proc. W Krakowie widać też coraz większy rozdźwięk między mieszkaniami na wynajem a ofertą na sprzedaż. Stawki czynszów spadają, a tymczasem ceny ofertowe nowych mieszkań były o 3,2 proc. wyższe niż rok wcześniej. Na rynku wtórnym tempo wzrostu wyhamowało do 0,4 proc. Turyści wyjechali, a mieszkania zostały Część wrześniowego wzrostu podaży ma sezonowe źródło. Po zakończeniu wakacji na rynek długoterminowy wracają lokale, które właściciele wcześniej wynajmowali turystom. Najmocniej widać to tam, gdzie najem krótkoterminowy odgrywa dużą rolę. Przykładowo w Trójmieście liczba ofert zwiększyła się w ciągu miesiąca o 24,8 proc., a w samym Sopocie aż o 41 proc. Podobny skok pojawił się także rok wcześniej. Tym razem właściciele mają jednak dodatkowy powód, by zastanowić się nad długoterminowym wynajmem – zmieniające się przepisy dotyczące lokali oferowanych na doby. 8 października Sejm uchwalił ustawę regulującą najem krótkoterminowy, a następnie skierował ją do dalszych prac. Ustawa przewiduje m.in. możliwość wprowadzania zakazu takiej działalności przez wspólnoty i spółdzielnie oraz tworzenia przez gminy stref, w których najem krótkoterminowy będzie ograniczony albo zakazany. Te rozwiązania mają zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2028 r. Pustostan może kosztować więcej Większa konkurencja o najemców zmienia też kalkulację właścicieli. Jeden miesiąc bez lokatora oznacza utratę około 8 proc. potencjalnych rocznych przychodów z czynszu. Przy rosnącej liczbie ofert właściciel może więc stanąć przed wyborem: obniżyć oczekiwania cenowe albo ryzykować dłuższy pustostan. Dr Maciej Kietliński, ekspert ds. ekonomicznych Otodom, zwraca uwagę, że spadający możliwy przychód z najmu przy wysokiej cenie zakupu mieszkania obniża bieżącą rentowność takiej inwestycji. Do rachunku dochodzą również koszty utrzymania, podatki i ryzyko okresów bez najemcy. Zdaniem eksperta mieszkanie pod wynajem należy więc porównywać z innymi sposobami lokowania kapitału, uwzględniając oczekiwaną stopę zwrotu, ryzyko i ograniczoną płynność nieruchomości. To jeszcze nie jest trwałe odwrócenie trendu na rynku najmu. Mimo to taki układ dla osób szukających mieszkania jest korzystniejszy niż rok wcześniej. Ofert jest więcej, a na większości dużych rynków ceny spadły względem poprzedniego miesiąca. Jeśli podaż nie skurczy się w kolejnych kilku-kilkunastu tygodniach, właścicielom trudniej będzie utrzymać wysoką stawkę wyłącznie dlatego, że najemca ma niewiele alternatyw. Przeczytaj także: Fałsz miesza się z prawdziwymi obawami. Tak dezinformacja wchodzi do debaty o energii Ponad połowa ubogich gospodarstw nie ma własnych dochodów. Nowe dane GUS Bańka AI, rekordowy dług i dedolaryzacja. Złoto korzysta na nowym układzie sił Artykuł Jeden miesiąc pustostanu zabiera 8 proc. rocznych wpływów. Właściciele mają powód, by ciąć ceny pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Fałsz miesza się z prawdziwymi obawami. Tak dezinformacja wchodzi do debaty o energii Które informacje o transformacji energetycznej są prawdziwe? Polacy mają problem, aby to ocenić. 43 proc. badanych nie potrafi rozstrzygnąć, czy samochody elektryczne zmniejszają zależność Polski od importu ropy, 42 proc. nie wie, czy turbiny wiatrowe emitują szkodliwe infradźwięki, a 37 proc. nie umie ocenić kosztów energii ze słońca i wiatru względem węgla i gazu. Jednocześnie w polskiej debacie krążą narracje zbieżne z przekazami rosyjskich mediów, wykorzystujące obawy o ceny, miejsca pracy i suwerenność – wynika z raportu "Dezorientacja klimatyczna". W raporcie połączono badanie opinii na ogólnokrajowej próbie 1000 osób z analizą blisko 15 tys. artykułów i wpisów. Materiały pochodziły z 13 rosyjskich mediów głównego nurtu oraz polskojęzycznych treści na platformach takich jak Facebook, X, TikTok i Telegram, publikowanych od stycznia 2025 r. do sierpnia 2026 r. Naukowcy sprawdzali, jakie narracje dezinformacyjne występują w rosyjskich mediach i czy podobne przekazy pojawiają się nad Wisłą. Dezinformacja klimatyczna nie działa jednak tak, że Polacy kolektywnie wierzą w jeden zestaw nieprawdziwych informacji. To dezorientacja, zdaniem autorów, jest większym problemem. Po prostu część społeczeństwa nie ma pojęcia, które komunikaty są godne zaufania. Polacy nie wiedzą, komu wierzyć Niepewność dotyczy kilku podstawowych elementów transformacji. Niemal jedna trzecia badanych – 32 proc. – uważa, że produkcja i utylizacja paneli fotowoltaicznych zanieczyszcza środowisko bardziej niż wydobycie i spalanie węgla. Kolejne 28 proc. twierdzi, że zmiany klimatyczne mają niewiele wspólnego z działalnością człowieka. Autorzy raportu wiążą podatność na takie informacje m.in. ze sposobem, w jaki prowadzona jest publiczna dyskusja o transformacji. Dotyczy ona przecież bezpośrednio rachunków za energię, kosztów życia, zatrudnienia w części regionów oraz przyszłości poszczególnych gałęzi gospodarki. Właśnie te obawy wykorzystuje dezinformacja klimatyczna. Powód? Dużym elementem wpływów Rosji jest eksport paliw kopalnych. Zależność państw trzecich od ropy naftowej czy węgla jest jej na rękę. Jak tłumaczą autorzy analizy, osłabienie społecznego poparcia dla zmiany emisyjnej gospodarki w taką opartą na OZE służy interesom gospodarczym i politycznym Rosji. – Transformacja energetyczna jest zagrożeniem dla państw, które czerpią znaczną część swoich dochodów z eksportu paliw kopalnych. Dlatego staje się celem działań dezinformacyjnych, określanych mianem wojny kognitywnej. Nie chodzi w niej wyłącznie o rozpowszechnianie fałszywych informacji, ale przede wszystkim o wzbudzanie niepewności, pogłębianie podziałów społecznych i podważanie zaufania do instytucji – mówi Mateusz Zadroga, redaktor naczelny portalu FakeNews. Polskie spory spotykają rosyjskie narracje Raport opisuje również podobieństwa między częścią przekazów obecnych w rosyjskich mediach i polskiej debacie publicznej. Badacze przeanalizowali 196 publicznych wpisów na Facebooku. Około połowa pochodziła z profili polskich polityków lub partii politycznych. Ważne zastrzeżenie: zbieżność narracji nie jest równoznaczna ze świadomym powielaniem propagandy kierowanej przez Rosję. Autorzy raportu dodają, że podobne przekazy to głównie efekt krajowej rywalizacji politycznej. Obawy i wątpliwości dotyczące regulacji unijnych nierzadko są wykorzystywane przez polityków, aby kreować się na obrońców grup, które byłyby narażone na koszty zmian. Chodzi tu m.in. o rolników czy górników. Mechanizm jest jednak szerszy niż komunikacja polityczna. Treści dotyczące kosztów energii, rolnictwa i unijnych regulacji były szczególnie widoczne na platformie X. Na Telegramie częściej pojawiały się teorie spiskowe oraz materiały podważające bezpieczeństwo i sprawność zielonych technologii. Część tamtejszych wpisów pochodziła z kont zweryfikowanych jako elementy rosyjskich siatek dezinformacyjnych. Dezinformacja klimatyczna gra na lęku Proste negowanie zachodzących zmian klimatycznych nie jest już tak skuteczną strategią dezinformacji. Współczesna propaganda klimatyczna wykorzystuje obawy, które odbiorcy już mają. Może to być strach przed wyższymi rachunkami, utratą miejsca pracy albo uzależnieniem kraju od zagranicznych technologii. Taki przekaz nie musi przekonać odbiorcy do jednej konkretnej tezy – ma przede wszystkim zwiększyć jego niepewność. – Rosyjska propaganda bardzo dobrze rozpoznaje obawy społeczne i potrafi je wykorzystywać. Zamiast przekonywać, że zmiana klimatu nie istnieje, przedstawia transformację energetyczną jako zagrożenie dla domowych budżetów, miejsc pracy czy niezależności państwa. Podobne narracje pojawiają się również w polskiej debacie publicznej. Polacy słyszą sprzeczne komunikaty, a jednocześnie nie zawsze rozumieją, jakie będą rzeczywiste koszty i korzyści poszczególnych rozwiązań – mówi Jacek Kucharczyk, prezes zarządu Instytutu Spraw Publicznych. – To pogłębia dezorientację i sprawia, że coraz trudniej odróżnić fakty od manipulacji. Dezinformacja nie musi bowiem przekonać nas do kłamstwa. Wystarczy, że przestaniemy wiedzieć, komu wierzyć. Media społecznościowe to wylęgarnia fake newsów Rola platform społecznościowych w szerzeniu fałszywych informacji jest ogromna i odbiorcy w dużej mierze sami zdają sobie z tego sprawę. 54 proc. badanych uważa je za jedno ze źródeł, które w największym stopniu przyczyniają się do dezinformacji dotyczącej klimatu i energetyki. Problem jest o tyle duży, że ponad jedna trzecia respondentów w żaden sposób nie weryfikuje informacji, na które trafia na takich platformach. Tutaj tworzy się podatny grunt dla przekazów, które opierają się na emocjach. Dotyczy to zwłaszcza kwestii skomplikowanych i mających bezpośredni wpływ na budżet gospodarstw domowych. Dodatkowo niektóre spory wokół tematu transformacji energetycznej tyczą się rzeczywistych kosztów i konfliktów interesów. Zmiana źródeł energii, które zasilają domy i biznesy, wpłynie na takie obszary jak zatrudnienie, przemysł, ceny czy inwestycje. W efekcie dezinformacja klimatyczna może nakładać się na prawdziwe obawy. Większość chce lepiej rozpoznawać manipulację Jakby tego było mało, samoocena własnej odporności na nieprawdziwe przekazy nie jest wysoka. Aż 63 proc. respondentów uważa swoje umiejętności radzenia sobie z fałszywymi informacjami o klimacie i energii za słabe lub średnie. Ponad połowa, 56 proc., deklaruje chęć ich rozwijania. Najczęściej oczekiwanym źródłem pomocy są naukowcy i instytucje naukowe. Wsparcia właśnie z tej strony chciałaby jedna trzecia badanych. – Wzmacnianie odporności informacyjnej społeczeństwa nie może ograniczać się do prostowania fałszywych informacji. Musimy również wzmacniać umiejętność ich samodzielnego weryfikowania i zmienić sposób, w jaki rozmawiamy o transformacji energetycznej – jasno i transparentnie tłumaczyć jej koszty, korzyści i wpływ na codzienne życie Polek i Polaków. Szczególnie ważne jest dotarcie do osób, które nie mają jeszcze wyrobionego zdania i często gubią się w sprzecznych przekazach – mówi Anna Siewiorek z Fundacji Climate&Strategy. Spór o energię ma wysoką stawkę Autorzy raportu przekonują, że stawką nie jest wyłącznie poparcie dla konkretnego modelu transformacji energetycznej. Dezorientacja może utrudniać społeczną ocenę kosztów i korzyści poszczególnych rozwiązań, a także podejmowanie decyzji dotyczących bezpieczeństwa energetycznego i gospodarki. Raport "Dezorientacja klimatyczna" przygotowały Fundacja Climate&Strategy, Instytut Spraw Publicznych oraz Fundacja "Przeciwdziałamy Dezinformacji". Publikacja powstała w ramach programu finansowanego ze środków Ministerstwa Cyfryzacji, przy czym jej autorzy zastrzegają, że zawarte w niej oceny nie są oficjalnym stanowiskiem resortu. Największym problemem opisanym przez badaczy nie jest więc grupa ludzi przekonanych do jednej spójnej fałszywej narracji. Istotna część społeczeństwa pozostaje więc pomiędzy konkurencyjnymi komunikatami i ma trudności z oceną ich wiarygodności. A jeśli odbiorca nie potrafi ustalić, co jest prawdą, nie trzeba go nawet przekonywać do konkretnego kłamstwa. Polecamy także: Ponad połowa ubogich gospodarstw nie ma własnych dochodów. Nowe dane GUS Promocje zniknęły, ceny się rozjechały. Nowy ranking ładowania elektryków 97 proc. programistów korzysta z AI. Szkoły i uczelnie zostały z tyłu Artykuł Fałsz miesza się z prawdziwymi obawami. Tak dezinformacja wchodzi do debaty o energii pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Ponad połowa ubogich gospodarstw nie ma własnych dochodów. Nowe dane GUS Liczba beneficjentów środowiskowej pomocy społecznej wyniosła 1,177 mln osób w 2025 r. W ciągu roku zwiększyła się o 1,8 tys. osób – o 0,1 proc. więcej względem 2024 roku – podaje Główny Urząd Statystyczny (GUS). Zasięg korzystania z tego wsparcia wyniósł 3,1 proc. Pomocą objęto 680,5 tys. ubogich osób w gospodarstwach domowych i ubogich bezdomnych, co stanowiło 1,8 proc. ogólnej liczby ludności, tj. więcej o 0,1 pkt proc. w porównaniu z 2024 r. Liczba beneficjentów niepełnosprawnych prawnie wyniosła 286,8 tys. W strukturze beneficjentów przeważają mieszkańcy miast. W 2025 roku stanowili 54,7 proc. z liczbą 644,3 tys. osób pobierających świadczenia. Jednak kiedy spojrzymy na wskaźnik udziały beneficjentów w ogólnej liczbie mieszkańców, przeważają obszary wiejskie – 3,5 proc. względem 2,9 proc. w miastach. Wskaźnik zmniejszył się o 0,1 proc. dla wsi, a w miastach wzrósł. Największy udział beneficjentów środowiskowej pomocy społecznej w ogólnej liczbie mieszkańców odnotowano w regionie warmińsko-mazurskim (5,4 proc.). Najmniejszy był w regionie warszawskim stołecznym (1,7 proc.). Niski odsetek beneficjentów środowiskowej pomocy społecznej, nieprzekraczający 2,5 proc., widać w regionie dolnośląskim i śląskim (2,3 i 2,2 proc.). GUS podał także, że w 2025 r. wzrost wskaźnika w ujęciu rocznym odnotowano w pięciu regionach, w tym największy w regionach lubuskim i warmińsko-mazurskim (po 0,2 pkt proc.). Spadki pojawiły się w sześciu regionach, w tym najbardziej w regionie opolskim (o 0,2 pkt proc.). W pozostałych regionach wskaźnik ten utrzymał się na tym samym poziomie. Kto korzysta z pomocy państwa? Zasięg korzystania z pomocy społecznej w grupie osób w wieku przedprodukcyjnym wyniósł 5,1 proc., a dzieci i młodzieży w wieku poniżej 18. roku życia z ubogich gospodarstw stanowiły 3,3 proc. ogółu populacji w tej grupie wiekowej. Z kolei odsetek osób w wieku poprodukcyjnym korzystających z pomocy społecznej wyniósł 2,7 proc., a ubogich beneficjentów w wieku poprodukcyjnym 0,7 proc. Udział beneficjentów o dochodach na osobę powyżej progu dochodowego w tej grupie wiekowej wyniósł 73,5 proc. Spośród 335,9 tys. ubogich gospodarstw domowych 55,5 proc. nie miało własnych źródeł dochodu. Ze źródeł niezarobkowych, wśród których dominowały świadczenia socjalne, utrzymywało się 33,7 proc. takich gospodarstw. "W 2025 r. liczba osób bezdomnych, którym ośrodki pomocy społecznej udzieliły świadczenia wyniosła 31,4 tys. Spośród tych beneficjentów 22,2 tys. (70,7 proc.) to osoby, których dochód nie przekraczał kryterium dochodowego. Zdecydowaną większość (85,7 proc.) tej grupy stanowili mężczyźni. Osoby bezdomne w wieku poprodukcyjnym stanowiły 21 proc., a w wieku produkcyjnym byli to głównie bezrobotni lub bierni zawodowo – 97,3 proc." – informuje GUS. 286,8 tys. beneficjentów środowiskowej pomocy społecznej stanowią osoby niepełnosprawne prawnie. Z tej liczby osoby w wieku 0-15 lat stanowią 5,9 proc., a osoby bezdomne – 3,6 proc. Zostaje 259,4 tys. osób niepełnosprawnych prawnie w wieku 16 lat i więcej oraz w gospodarstwach domowych. Tutaj 62,4 proc. stanowią osoby w wieku produkcyjnym. 39,7 proc. to ubodzy beneficjenci. Przeczytaj także: Wprowadzanie w błąd i ukryte opłaty. UOKiK reaguje na skargi pożyczkobiorców Artykuł Ponad połowa ubogich gospodarstw nie ma własnych dochodów. Nowe dane GUS pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Promocje zniknęły, ceny się rozjechały. Nowy ranking ładowania elektryków Październik zakończył wakacyjny okres promocji na polskim rynku ładowania samochodów elektrycznych. Budimex mobility wrócił do regularnego cennika. Tesla drugi miesiąc z rzędu podniosła ceny na większości lokalizacji. Do tego taryfa dynamiczna Tauronu wyraźnie zdrożała. Z drugiej strony Powerdot obniżył standardową stawkę za szybkie ładowanie DC na niemal połowie swoich stacji. W zależności od operatora, lokalizacji, mocy ładowarki i pory dnia kierowcy płacą obecnie od około 1 zł do 3,94 zł za kWh. Comiesięczny ranking EV Klub Polska i elektromobilni.pl pokazuje, że po wakacyjnej wojnie promocyjnej rynek wraca do regularnych cenników, ale same stawki stają się coraz bardziej zróżnicowane. Cena zależy już nie tylko od operatora, lecz także od lokalizacji, pory dnia i obciążenia sieci. Budimex kończy wakacyjne ceny Najbardziej widoczną zmianę przyniosło zakończenie promocji Budimex mobility. Do końca września kierowcy płacili 1,56 zł/kWh za ładowanie AC oraz 1,80 zł/kWh za DC i HPC. Od października stawki wzrosły odpowiednio do 1,96 zł/kWh, 2,35 zł/kWh dla DC do 60 kW, 2,45 zł/kWh dla mocy 61-150 kW i 2,66 zł/kWh na ładowarkach HPC powyżej 150 kW. Największy wzrost dotyczy ultraszybkiego ładowania HPC – o 0,86 zł/kWh względem ceny promocyjnej. Dla zwykłego AC podwyżka wyniosła 0,40 zł/kWh, dla DC do 60 kW – 0,55 zł/kWh, a dla DC o mocy 61-150 kW – 0,65 zł/kWh. Tesla znów podnosi ceny Tesla kontynuuje korektę cennika rozpoczętą we wrześniu. Dla kierowców samochodów innych marek, którzy korzystają z Superchargerów bez abonamentu, stawka szczytowa wzrosła w 17 lokalizacjach. W dwóch miejscach – Rumii i Jasionce – ceny się nie zmieniły. Mediana stawek w godzinach szczytu zwiększyła się z 2,50 do 2,60 zł/kWh. Najdroższą lokalizacją jest Supercharger przy Lotnisku Chopina w Warszawie, gdzie cena wzrosła z 3,10 do 3,30 zł/kWh. Po 3,00-3,20 zł/kWh kierowcy płacą obecnie m.in. w Gdańsku, Szczecinie, Wrocławiu, Poznaniu i nowo otwartej Czeladzi. Podwyżki objęły też użytkowników Tesli i kierowców z abonamentem. W tej grupie mediana stawki szczytowej wzrosła z 1,80 do 1,90 zł/kWh. Najniższa cena w sieci to obecnie 1,00 zł/kWh na Superchargerze Załuski, wobec 0,90 zł/kWh miesiąc wcześniej. Powerdot idzie pod prąd Na tle podwyżek wyróżnia się Powerdot. Operator kolejny miesiąc zmienia ceny na części swoich stacji i obniżył standardową stawkę za szybkie ładowanie DC z 3,14 do 3,11 zł/kWh. W wybranych lokalizacjach ceny spadły do 2,99 zł/kWh lub jeszcze niżej. Najniższa stawka DC u tego operatora wynosi 1,97 zł/kWh. Ponad 40 proc. stacji DC Powerdot ma już ceny niższe od wcześniejszej standardowej stawki 3,14 zł/kWh. Podobny ruch wcześniej wykonał GreenWay Polska, bo obniżył standardową cenę DC z 3,15 do 2,99 zł/kWh. Powerdot coraz mocniej różnicuje też ceny między lokalizacjami. Na stacjach HPC standardowa stawka nadal wynosi 3,11 zł/kWh. Taryfa dynamiczna może zaskoczyć Największą rozpiętość cen dają taryfy dynamiczne, czyli takie, w których stawka zmienia się m.in. wraz z porą dnia i zapotrzebowaniem na energię. W Tauronie średnia cena na stacjach DC wzrosła z 2,20 do 2,60 zł/kWh, ale w zależności od miejsca i godziny można zapłacić od 1,89 do 3,33 zł/kWh. Na ładowarkach AC Tauronu przedział wynosi od 1,69 do 3,46 zł/kWh, przy średniej 2,13 zł/kWh. Jeszcze większe wahania występują w Ekoen. Nocą na wybranych stacjach ultraszybkie ładowanie kosztuje od 1,39 zł/kWh. Jednak w godzinach największego zapotrzebowania cena może dojść do 3,94 zł/kWh – najwyższego poziomu w całym rankingu. Taryfa dynamiczna może dać najniższą cenę na rynku, ale ten sam operator w innym momencie może znaleźć się na drugim końcu zestawienia. Kierowca, który ładuje samochód bez sprawdzenia aktualnej stawki, ryzykuje sporą różnicę w rachunku. – Rynek ładowania w Polsce przechodzi z modelu stałego cennika do modelu, w którym cena zmienia się w zależności od godziny, lokalizacji i obciążenia sieci. To naturalny kierunek, dobrze znany z rynku energii, ale stawia nowe wymagania przed całą branżą. Kierowca musi znać cenę, zanim podłączy samochód, a nie dopiero po zakończeniu sesji. Dlatego tak ważne jest, by informacja o aktualnej stawce była dostępna w aplikacjach i w roamingu w czasie rzeczywistym – tylko wtedy dynamiczne ceny stają się dla użytkownika szansą na oszczędność, a nie ryzykiem – mówi Adrian Nocuń, CEO Elocity. Najtańsi operatorzy po promocjach Po zakończeniu promocji Budimex mobility zmieniła się czołówka rankingu. W wolnym ładowaniu AC najniższe standardowe stawki oferują ChargeEuropa – 1,75 zł/kWh – oraz ChargeIn – 1,78 zł/kWh. Dalej są GreenWay Polska z ceną 1,89 zł/kWh bez abonamentu i 1,60 zł/kWh w pakiecie Energia MAX oraz Polenergia eMobility z 1,92 zł/kWh. Jeszcze niżej można zejść w wybranych ofertach. MOYA energia ma stawkę minimalną od 1,29 zł/kWh na części stacji AC z pakietem Turbo. W szybkim ładowaniu DC do 150 kW najniższą standardową cenę ma ChargeIn – 2,19 zł/kWh. ChargeEuropa pobiera 2,30 zł/kWh, a Enefit, MOYA energia i Eleport po 2,39 zł/kWh. W segmencie HPC najtańszy średnio jest Ekoen z ceną 2,00 zł/kWh, dalej Eleport i ChargeIn – po 2,39 zł/kWh. Na trzecim miejscu uplasowała się MOYA energia z ceną 2,49 zł/kWh. Najdroższe są Shell Recharge ze stawkami 3,39-3,59 zł/kWh oraz NOXO z 3,49 zł/kWh. Publiczne ładowanie to nie cały koszt Wyższe ceny na publicznych stacjach nie przesądzają jeszcze o całkowitym koszcie użytkowania samochodu elektrycznego. Część kierowców korzysta z nich tylko uzupełniająco, bo na co dzień ładuje auto w domu albo w pracy, gdzie energia zwykle kosztuje mniej. – Wyższe ceny ładowania na stacjach publicznych nie oznaczają automatycznie, że użytkowanie samochodu elektrycznego przestaje być opłacalne. Dla wielu kierowców publiczne stacje są jedynie uzupełnieniem codziennego ładowania w domu lub miejscu pracy, gdzie koszt energii jest zazwyczaj znacznie niższy. Co istotne, również osoby korzystające wyłącznie z ogólnodostępnej infrastruktury mają możliwość ograniczenia wydatków. Różnice w cennikach poszczególnych operatorów są znaczące, a ostateczny koszt zależy m.in. od lokalizacji stacji, mocy ładowarki, pory dnia czy wybranego abonamentu – komentuje Łukasz Lewandowski, prezes EV Klub Polska. Kierowcy mogą ograniczać wydatki przez porównywanie ofert, planowanie ładowania na tańsze godziny oraz korzystanie z wolniejszych stacji AC, jeśli czas na to pozwala. Przy obecnej rozpiętości cenowej różnica między dobrze i źle wybranym miejscem lub godziną potrafi być kilkukrotna. Październikowy ranking obejmuje 19 operatorów, m.in. Teslę, GreenWay Polska, Tauron, Powerdot, Shell Recharge, IONITY, Ekoen i ORLEN Charge. EV Klub Polska oraz elektromobilni.pl aktualizują zestawienie co miesiąc. Przeczytaj także: Bańka AI, rekordowy dług i dedolaryzacja. Złoto korzysta na nowym układzie sił Wprowadzanie w błąd i ukryte opłaty. UOKiK reaguje na skargi pożyczkobiorców CIT wynosi 19%, ale efektywna stawka podatkowa jest dwukrotnie większa. Rekord wśród grup z GPW Artykuł Promocje zniknęły, ceny się rozjechały. Nowy ranking ładowania elektryków pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Bańka AI, rekordowy dług i dedolaryzacja. Złoto korzysta na nowym układzie sił Rentowność amerykańskich obligacji przekracza 5 proc., co teoretycznie powinno ciążyć złotu. Tymczasem kruszec utrzymuje poziom powyżej 4100 dolarów za uncję, a Chiny dokupują dziesiątki ton. W tle narasta bowiem zestaw ryzyk, który obejmuje zadłużenie państw, boom inwestycyjny wokół AI i stopniowe odchodzenie części gospodarek od dolara. Bańka AI kiedyś pęknie i będzie bolesna dla rynku Najnowszy Global Financial Stability Report, przygotowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), ostrzega przed ryzykiem, które rynek widzi coraz dokładniej: gwałtowny i niekontrolowany wzrost rentowności obligacji rządowych. Powód? Inflacja rośnie, napędzana sytuacją na Bliskim Wschodzie. Dług publiczny osiąga rekordowe poziomy. A do tego jeszcze sztuczna inteligencja pożera coraz więcej kapitału, niekoniecznie dając wymierne efekty. MFW ostrzega przed "potrójnym ciosem". Jeśli sztuczna inteligencja nie przyniesie takich przychodów, jakich oczekuje rynek, inwestycje w tę technologię mogą stracić na wartości. Firmy, które zadłużyły się, aby sfinansować rozwój AI, mogą mieć problemy ze spłatą zobowiązań. Jednocześnie prognozowane przychody mogą okazać się znacznie niższe od zapowiadanych. Nałożenie się tych trzech problemów mogłoby wywołać wstrząs w całym systemie finansowym. – Sektor AI stał się bezpośrednim konkurentem rządów w walce o płynność na rynku długu. Udział największych gigantów technologicznych (hyperscalers) w globalnych emisjach obligacji wzrósł dynamicznie z poziomu poniżej 1 proc. w 2024 roku do niemal 10 proc. – komentuje Michał Tekliński, ekspert rynku złota i główny analityk Goldsaver. Niepokój MFW budzi też rosnące wykorzystanie dźwigni finansowej przez fundusze hedgingowe, czyli finansowanie inwestycji pożyczonym kapitałem. Udział tych funduszy w rynku amerykańskich obligacji skarbowych wzrósł z około 4 proc. w 2022 roku do niemal 9 proc. Problem polega na tym, że wiele z nich korzysta z podobnych strategii inwestycyjnych, często opartych na zadłużeniu. Jeśli nagle pogorszy się płynność na rynku, fundusze mogą być zmuszone do jednoczesnej sprzedaży aktywów. To z kolei grozi lawinową wyprzedażą, która mogłaby dodatkowo zdestabilizować rynek finansowy. Wysokie rentowności nie zatrzymują kruszców Obligacje i złoto są ze sobą powiązane. Co do zasady, gdy rentowności obligacji rosną, stają się one bardziej atrakcyjną alternatywą dla złota, które nie przynosi odsetek. Zatem sytuacja makroekonomiczna bezpośrednio przekłada się na wyceny metali szlachetnych i strukturę popytu na tym rynku. Biorąc to pod uwagę, mogłoby się wydawać, że rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA przekraczająca 5,3 proc. wyhamuje wzrost cen złota. I rzeczywiście je ogranicza, ale mimo to kruszec utrzymuje kluczowy poziom wsparcia w przedziale 4100-4200 dolarów za uncję. Jednym z czynników wspierających popyt na złoto były zakupy dokonywane przez Ludowy Bank Chin w III kwartale. Światowa Rada Złota informuje, że chiński bank centralny zwiększył swoje rezerwy o 23 tony – licząc tylko wrzesień. To najwyższy miesięczny wynik od października 2023 r., a w całym III kwartale kupiono 63 tony kruszcu. Łącznie Państwo Środka ma już 2410 ton złota. Afrykański producent złota chce współpracować z BRICS Problemy dolara sprawiają, że proces dedolaryzacji przyspiesza i widać go również w Afryce. Ghana – szósty co do wielkości producent złota na świecie – zamierza zdywersyfikować partnerstwa handlowe i zbudować tzw. suwerenność surowcową. Krokiem do tego ma być zacieśnienie współpracy z BRICS. Ghana zamierza ubiegać się o status państwa partnerskiego tej grupy. BRICS to grupa państw rozwijających się i gospodarek wschodzących, do której należą m.in. Chiny, Indie, Brazylia i Rosja. Jej członkowie dążą do zwiększenia swojej roli w światowej gospodarce, a jednym z kierunków współpracy jest ograniczanie zależności od dolara w handlu międzynarodowym. Rozwój rozliczeń w walutach lokalnych, czyli chińskich juanach i ghańskich cedi, mógłby zmniejszyć zależność Ghany od dolara. Dzięki temu ghańscy importerzy mogliby płacić za towary z Chin bez konieczności wcześniejszego pozyskiwania amerykańskiej waluty. Ten mechanizm już jest testowany. Dodatkowo zacieśnienie współpracy z Ghaną może też wzmocnić pozycję państw BRICS na światowym rynku złota. – Kombinacja wysokiego zadłużenia państw, dynamicznego rozwoju infrastruktury AI i zmieniających się szlaków handlowych wytwarza nową strukturę ryzyka na rynkach finansowych. Zwiększająca się presja na rynek obligacji oraz dążenie krajów rozwijających się do rozliczeń pozadolarowych jednoznacznie wskazują, że rola aktywów trwałych, w tym fizycznego złota, pozostaje kluczowym elementem strategicznej dywersyfikacji portfeli – mówi Michał Tekliński. Przeczytaj także: Chcesz odroczyć spłatę pożyczki? Najpierw zapłać za raport. UOKiK nałożył 2,6 mln zł kary Metryka wygrywa z kompetencjami. Firmy same tracą doświadczonych ludzi CIT wynosi 19%, ale efektywna stawka podatkowa jest dwukrotnie większa. Rekord wśród grup z GPW Artykuł Bańka AI, rekordowy dług i dedolaryzacja. Złoto korzysta na nowym układzie sił pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Wprowadzanie w błąd i ukryte opłaty. UOKiK reaguje na skargi pożyczkobiorców W przypadku problemów finansowych klient spółki Fincapital mógł odroczyć spłatę pożyczki o 30 dni. Warunek? Zamówienie płatnego raportu scoringowego, który przez pożyczkodawców wcale nie był wymagany i nie gwarantował też odroczenia spłaty. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył karę ponad 2,6 mln zł za takie naruszenie praw konsumenta. Fincapital jest pośrednikiem kredytowym i właścicielem platform kredytowych kuki.pl, finbo.pl i oros.pl, współpracuje z różnymi pożyczkodawcami. Płatny raport za szansę na odroczenie Płatny raport scoringowy, tzw. Raport FinTech, oceniał zdolność kredytową klientów na podstawie danych z różnych baz. Fincapital prezentował to jako rozwiązanie "ekspresowe" i "bez formalności". Początkowo był to sposób na wydłużenie spłaty pożyczki wraz z początkiem pandemii, który, jak zwraca uwagę UOKiK, zbiegł się w czasie z wprowadzeniem przepisów, które zmniejszały dopuszczalną wysokość pozaodsetkowych kosztów kredytu i wprost ograniczały możliwość ich pobierania przez "podmioty powiązane". Odroczenie terminu spłaty dla klientów Fincapital było możliwe dwoma ścieżkami. Pierwsza to poręczenie, które nakładało na pożyczkobiorcę trudne do spełnienia warunki. Druga to właśnie płatny Raport FinTech. Tylko że konsumenci mogli już wtedy starać się o przedłużenie spłaty bez spełniania dodatkowych wymogów lub wnioskować o rozłożenie płatności na raty ze względu na szczególne okoliczności. Firma ich o tym nie poinformowała w "Profilu Klienta". Zdaniem UOKiK, gdyby klienci wiedzieli o wszystkich dostępnych możliwościach prolongaty i o tym, że zamówienie raportu nie gwarantowało odroczenia, mogliby z niego zrezygnować. UOKiK: konsumenci byli wprowadzani w błąd UOKiK ustalił, że w rzeczywistości Raport FinTech pełnił funkcję opłaty i stanowił dodatkowe, istotne źródło dochodów Fincapital. Tych opłat, zgodnie z prawem, pożyczkodawcy nie mogli już pobierać. Firma sporządziła tysiące takich raportów scoringowych. Co ważne, taką "usługę" można było wykupić wielokrotnie, m.in. przy kolejnych próbach przesunięcia terminu spłaty. – Działanie spółki to nieuczciwa praktyka rynkowa. Tworzyła ona fałszywe wrażenie, że zamówienie i opłacenie raportu jest konieczne, aby starać się o odroczenie terminu spłaty zobowiązania. Tym samym nieuczciwie zyskała istotne źródło dochodu – mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Uznano, że spółka wprowadziła konsumentów w błąd, bo informowała, że wykupienie raportu jest warunkiem przesunięcia terminu spłaty pożyczki. Kwestionowana praktyka została zaniechana, ale przedsiębiorca i tak musi zapłacić. Prezes UOKiK nałożył na niego karę w wysokości 2,651 mln zł. Decyzja nie jest prawomocna, więc Fincapital może odwołać się do sądu. Kup to, czego nie potrzebujesz, by dostać pożyczkę... Niespełna tydzień po ogłoszeniu kary uwagę urzędników przykuła inna firma pożyczkowa. Stwierdzono, że Aasa Polska naruszyła zbiorowe interesy konsumentów, bo sztucznie zawyżała całkowitą kwotę kredytu, omijając przepisy ustawy o kredycie konsumenckim. "Firma doliczyła do pożyczki (…) opłatę za "dobrowolny pakiet usług medycznych" w wysokości 2 400 zł, która została kredytowana i automatycznie włączona do kosztów pożyczki, mimo że nie dotyczy udzielania finansowania" – pisze jeden z klientów w skardze, która dotarła do urzędników. Tutaj sprawa wygląda nieco inaczej. Klienci, żeby w ogóle zawrzeć umowę z pożyczkodawcą, musieli wykupić kosztowne dodatkowe usługi: abonamenty medyczne, internetowe kursy językowe, pakiety wsparcia prawnego lub technicznego IT. Ich cena wahała się od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Bez tego klienci nie mogli wziąć kredytu wcale lub nie był udzielany na określanych warunkach. W efekcie klienci płacili za usługi, których często nie potrzebowali ani z nich nie korzystali. ...i kup to na kredyt Problem sięga dalej niż tylko zmarnowanie pieniędzy przez konsumentów. Aasa Polska doliczała koszt tych dodatkowych usług do kwoty udzielanego kredytu, przez co całkowity koszt pożyczki mocno rósł. Jeden z klientów przesłał do UOKiK takie pismo: "(...) zawarłem umowę pożyczki z firmą AASA Polska na kwotę 5000 zł.Tego samego dnia zdecydowałem się odstąpić od umowy, korzystając z przysługującego mi prawa do rezygnacji w ciągu 14 dni. Po złożeniu oświadczenia o odstąpieniu, otrzymałem informację, że kwota kapitału pożyczki wynosi 7700 zł, z czego: 5000 zł zostało przelane na moje konto, 2700 zł rzekomo zostało przeznaczone na pakiet medyczny, który miał stanowić część oferty. Pragnę zaznaczyć, że nigdy nie wyraziłem zgody na zakup takiego pakietu, nie zostałem poinformowany o jego cenie ani warunkach przez konsultanta, a usługa została doliczona do pożyczki bez mojej wiedzy i zgody". To przekracza ustawowe limity kosztów pozaodsetkowych i omija przepisy o kredycie konsumenckim. Miliony za wprowadzanie w błąd A jakby tego było mało, Aasa Polska promowała na swojej stronie internetowej oferty z pakietami dodatkowymi, prezentując je jako atrakcyjniejsze. Standardowa oferta, bez usług dodatkowych, przewidywała niższą kwotę pożyczki i wyższą ratę. To sugerowało, że pożyczka z wykupieniem usług jest korzystniejsza dla klienta. Przedstawiając wysokość całkowitej kwoty kredytu, firma pokazywała też kredytowane koszty kredytu w postaci opłat za usługi dodatkowe. To mogło wprowadzać pożyczkobiorców w błąd co do proporcji między całkowitym kosztem kredytu a całkowitą kwotą kredytu. Skutkowało to też drastycznym zaniżeniem Rzeczywistej Rocznej Stopy Oprocentowania (RRSO), którą firma musi pokazywać w umowie. Aasa Polska dostała wyższą karę niż Fincapital – 3,871 mln zł. Ta kwota ma zasilić Fundusz Edukacji Finansowej, którego dysponentem jest Minister Finansów i Gospodarki. Firma może się odwołać do sądu. Po uprawomocnieniu decyzji spółka będzie musiała opublikować komunikat o decyzji prezesa UOKiK na Facebooku i swojej stronie internetowej, który ma być widoczny dla konsumentów przez 3 miesiące. Polecamy także: 80 proc. zadowolonych z pracy, 20 proc. z pensji. Nauczycielski paradoks Polski Urlop na godziny zamiast kombinowania z odrabianiem. Do Sejmu trafiła petycja Polacy zarabiają coraz więcej, ale najzamożniejsi odjeżdżają reszcie Artykuł Wprowadzanie w błąd i ukryte opłaty. UOKiK reaguje na skargi pożyczkobiorców pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Chcesz odroczyć spłatę pożyczki? Najpierw zapłać za raport. UOKiK nałożył 2,6 mln zł kary W przypadku problemów finansowych klient spółki Fincapital mógł odroczyć spłatę pożyczki o 30 dni. Warunek? Zamówienie płatnego raportu scoringowego, który przez pożyczkodawców wcale nie był wymagany i nie gwarantował też odroczenia spłaty. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył karę ponad 2,6 mln zł za takie naruszenie praw konsumenta. Fincapital jest pośrednikiem kredytowym i właścicielem platform kredytowych kuki.pl, finbo.pl i oros.pl, współpracuje z różnymi pożyczkodawcami. Płatny raport za szansę na odroczenie Płatny raport scoringowy, tzw. Raport FinTech, oceniał zdolność kredytową klientów na podstawie danych z różnych baz. Fincapital prezentował to jako rozwiązanie "ekspresowe" i "bez formalności". Początkowo był to sposób na wydłużenie spłaty pożyczki wraz z początkiem pandemii, który, jak zwraca uwagę UOKiK, zbiegł się w czasie z wprowadzeniem przepisów, które zmniejszały dopuszczalną wysokość pozaodsetkowych kosztów kredytu i wprost ograniczały możliwość ich pobierania przez "podmioty powiązane". Odroczenie terminu spłaty dla klientów Fincapital było możliwe dwoma ścieżkami. Pierwsza to poręczenie, które nakładało na pożyczkobiorcę trudne do spełnienia warunki. Druga to właśnie płatny Raport FinTech. Tylko że konsumenci mogli już wtedy starać się o przedłużenie spłaty bez spełniania dodatkowych wymogów lub wnioskować o rozłożenie płatności na raty ze względu na szczególne okoliczności. Firma ich o tym nie poinformowała w "Profilu Klienta". Zdaniem UOKiK, gdyby klienci wiedzieli o wszystkich dostępnych możliwościach prolongaty i o tym, że zamówienie raportu nie gwarantowało odroczenia, mogliby z niego zrezygnować. UOKiK: konsumenci byli wprowadzani w błąd UOKiK ustalił, że w rzeczywistości Raport FinTech pełnił funkcję opłaty i stanowił dodatkowe, istotne źródło dochodów Fincapital. Tych opłat, zgodnie z prawem, pożyczkodawcy nie mogli już pobierać. Firma sporządziła tysiące takich raportów scoringowych. Co ważne, taką "usługę" można było wykupić wielokrotnie, m.in. przy kolejnych próbach przesunięcia terminu spłaty. – Działanie spółki to nieuczciwa praktyka rynkowa. Tworzyła ona fałszywe wrażenie, że zamówienie i opłacenie raportu jest konieczne, aby starać się o odroczenie terminu spłaty zobowiązania. Tym samym nieuczciwie zyskała istotne źródło dochodu – mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Uznano, że spółka wprowadziła konsumentów w błąd, bo informowała, że wykupienie raportu jest warunkiem przesunięcia terminu spłaty pożyczki. Kwestionowana praktyka została zaniechana, ale przedsiębiorca i tak musi zapłacić. Prezes UOKiK nałożył na niego karę w wysokości 2,651 mln zł. Decyzja nie jest prawomocna, więc Fincapital może odwołać się do sądu. Kup to, czego nie potrzebujesz, by dostać pożyczkę... Niespełna tydzień po ogłoszeniu kary uwagę urzędników przykuła inna firma pożyczkowa. Stwierdzono, że Aasa Polska naruszyła zbiorowe interesy konsumentów, bo sztucznie zawyżała całkowitą kwotę kredytu, omijając przepisy ustawy o kredycie konsumenckim. "Firma doliczyła do pożyczki (…) opłatę za "dobrowolny pakiet usług medycznych" w wysokości 2 400 zł, która została kredytowana i automatycznie włączona do kosztów pożyczki, mimo że nie dotyczy udzielania finansowania" – pisze jeden z klientów w skardze, która dotarła do urzędników. Tutaj sprawa wygląda nieco inaczej. Klienci, żeby w ogóle zawrzeć umowę z pożyczkodawcą, musieli wykupić kosztowne dodatkowe usługi: abonamenty medyczne, internetowe kursy językowe, pakiety wsparcia prawnego lub technicznego IT. Ich cena wahała się od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Bez tego klienci nie mogli wziąć kredytu wcale lub nie był udzielany na określanych warunkach. W efekcie klienci płacili za usługi, których często nie potrzebowali ani z nich nie korzystali. ...i kup to na kredyt Problem sięga dalej niż tylko zmarnowanie pieniędzy przez konsumentów. Aasa Polska doliczała koszt tych dodatkowych usług do kwoty udzielanego kredytu, przez co całkowity koszt pożyczki mocno rósł. Jeden z klientów przesłał do UOKiK takie pismo: "(...) zawarłem umowę pożyczki z firmą AASA Polska na kwotę 5000 zł.Tego samego dnia zdecydowałem się odstąpić od umowy, korzystając z przysługującego mi prawa do rezygnacji w ciągu 14 dni. Po złożeniu oświadczenia o odstąpieniu, otrzymałem informację, że kwota kapitału pożyczki wynosi 7700 zł, z czego: 5000 zł zostało przelane na moje konto, 2700 zł rzekomo zostało przeznaczone na pakiet medyczny, który miał stanowić część oferty. Pragnę zaznaczyć, że nigdy nie wyraziłem zgody na zakup takiego pakietu, nie zostałem poinformowany o jego cenie ani warunkach przez konsultanta, a usługa została doliczona do pożyczki bez mojej wiedzy i zgody". To przekracza ustawowe limity kosztów pozaodsetkowych i omija przepisy o kredycie konsumenckim. Miliony za wprowadzanie w błąd A jakby tego było mało, Aasa Polska promowała na swojej stronie internetowej oferty z pakietami dodatkowymi, prezentując je jako atrakcyjniejsze. Standardowa oferta, bez usług dodatkowych, przewidywała niższą kwotę pożyczki i wyższą ratę. To sugerowało, że pożyczka z wykupieniem usług jest korzystniejsza dla klienta. Przedstawiając wysokość całkowitej kwoty kredytu, firma pokazywała też kredytowane koszty kredytu w postaci opłat za usługi dodatkowe. To mogło wprowadzać pożyczkobiorców w błąd co do proporcji między całkowitym kosztem kredytu a całkowitą kwotą kredytu. Skutkowało to też drastycznym zaniżeniem Rzeczywistej Rocznej Stopy Oprocentowania (RRSO), którą firma musi pokazywać w umowie. Aasa Polska dostała wyższą karę niż Fincapital – 3,871 mln zł. Ta kwota ma zasilić Fundusz Edukacji Finansowej, którego dysponentem jest Minister Finansów i Gospodarki. Firma może się odwołać do sądu. Po uprawomocnieniu decyzji spółka będzie musiała opublikować komunikat o decyzji prezesa UOKiK na Facebooku i swojej stronie internetowej, który ma być widoczny dla konsumentów przez 3 miesiące. Polecamy także: 80 proc. zadowolonych z pracy, 20 proc. z pensji. Nauczycielski paradoks Polski Urlop na godziny zamiast kombinowania z odrabianiem. Do Sejmu trafiła petycja Polacy zarabiają coraz więcej, ale najzamożniejsi odjeżdżają reszcie Artykuł Chcesz odroczyć spłatę pożyczki? Najpierw zapłać za raport. UOKiK nałożył 2,6 mln zł kary pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
97 proc. programistów korzysta z AI. Szkoły i uczelnie zostały z tyłu Jak uczelnie i szkoły uczą informatyki? W przestarzały sposób – tak uważa niemal 8 na 10 polskich programistów ankietowanych na zlecenie Amazon Web Services. Według 78 proc. z nich programy… Artykuł 97 proc. programistów korzysta z AI. Szkoły i uczelnie zostały z tyłu pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Metryka wygrywa z kompetencjami. Firmy same tracą doświadczonych ludzi Ponad jedna trzecia badanych pracowników w wieku 45-59 lat doświadczyła w ostatnich trzech latach dyskryminacji ze względu na wiek. Najczęściej problem pojawiał się przy awansach – 30 proc. badanych deklaruje, że pominięto ich mimo odpowiednich kwalifikacji. To wyniki badania GeeX przeprowadzonego na blisko 13 tys. osób. Autorzy raportu ostrzegają, że ageizm, czyli gorsze traktowanie ze względu na wiek, może nie tylko obniżać zaangażowanie, lecz także przyspieszać decyzje o odejściu z rynku pracy. Badanie objęło osoby aktywne zawodowo w wieku 45-59 lat, czyli przedstawicieli pokolenia X. Dane zbierano od października 2025 r. do kwietnia 2026 r. w 85 organizacjach oraz przez otwarty link rekrutacyjny. Do końcowej analizy trafiły 12 983 ankiety pracowników sektora publicznego i prywatnego. Skala problemu ma znaczenie także poza pojedynczymi firmami. Osoby w tym wieku stanowią ponad jedną trzecią polskiego rynku pracy, a kraj jednocześnie szybko się starzeje. Według danych przytoczonych przez prof. Agnieszkę Chłoń-Domińczak z SGH udział osób w wieku co najmniej 65 lat wzrósł w ciągu dekady z 15,4 do 21 proc. Za starzy na awans? Najczęstszym doświadczeniem dyskryminacji było pomijanie przy awansie mimo posiadanych kwalifikacji. Dotyczyło to 30 proc. respondentów. Kolejne 7 proc. mówiło o trudnościach ze znalezieniem nowej pracy, 6 proc. o dyskryminacji podczas rekrutacji, a 3 proc. o zwolnieniu z przyczyn organizacyjnych. 64 proc. badanych nie doświadczyło żadnej z wymienionych sytuacji. Oznacza to, że ageizm nie dotyczy większości pracowników pokolenia X, ale jego skala jest na tyle duża, że autorzy badania traktują go jako zjawisko systemowe. W przypadku awansów dysproporcje są widoczne również między sektorami. Raport podaje, że problem częściej pojawia się w sektorze publicznym, gdzie dotyczy 30 proc. badanych, niż w firmach prywatnych, gdzie odsetek wynosi 23 proc. Co ciekawe, osoby najczęściej zgłaszające pomijanie przy awansach nie należą do grup o najniższych kwalifikacjach. Według autorów badania szczególnie często mówią o tym pracownicy z wyższym wykształceniem, sektora publicznego oraz osoby o najwyższych kompetencjach cyfrowych. Problemem może więc być nie faktyczna luka kompetencyjna, lecz stereotyp dotyczący starszych pracowników. Liczy się nie metryka, lecz emerytura Trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jeden mechanizm. Postawy wobec pracowników nie układają się wyłącznie według wieku biologicznego, lecz mocno wiążą się z tym, ile czasu zostało danej osobie do osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego. – Wiek, który organizuje postawy pokolenia X wobec pracy, nie jest wiekiem metrykalnym – jest wiekiem ustawowym. Kiedy w danych GeeX zastąpiliśmy wiek jedną zmienną: "ile lat zostało do emerytury", cały wzorzec różnic między rocznikami i między kobietami a mężczyznami dał się do niej sprowadzić bez straty dopasowania modelu. Obawy o zdrowie układają się dokładnie odwrotnie, według wieku biologicznego. Mówimy zatem o zegarze instytucjonalnym, a nie o kondycji pracowników – mówi prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak. Ma to znaczenie szczególnie w Polsce, gdzie wiek emerytalny kobiet i mężczyzn jest różny. Według badania kobieta i mężczyzna w tym samym wieku mogą być więc inaczej postrzegani przez pracodawcę tylko dlatego, że dzieli ich inny dystans do planowanej emerytury. W efekcie starszy pracownik może być traktowany jako osoba, w którą "nie opłaca się" już inwestować poprzez szkolenie czy awans, nawet jeśli jego kompetencje nie odbiegają od kompetencji młodszych osób. Brak awansu odbiera motywację Skutki takich decyzji nie kończą się na utracie wyższego stanowiska. Analiza statystyczna wyników GeeX pokazuje, że dla pracowników szczególnie dotkliwe jest poczucie braku docenienia. Osoby, które czują się dostrzegane przez organizację, znacznie częściej deklarują wysokie zaangażowanie. Z kolei brak uznania wiąże się z wypaleniem zawodowym, a ono zwiększa skłonność do szybkiego przejścia na emeryturę. – Brak możliwości rozwoju zawodowego, w tym np. awansu, może działać na dojrzałe kadry demotywująco. Pracownik albo pracowniczka z dużym doświadczeniem może odczytać to jako sygnał, że organizacja przestaje widzieć w nim/niej potencjał. Jeśli takie sytuacje zaczynają się powtarzać i dotyczą określonej grupy wiekowej, przestajemy mówić o pojedynczych decyzjach kadrowych. Pojawia się wzorzec, który może osłabiać zaangażowanie, poczucie docenienia i zaufanie do organizacji – mówi Anita Noskowska-Piątkowska, szefowa Służby Cywilnej. Z punktu widzenia pracodawcy problem może wracać rykoszetem. Firma ogranicza możliwości rozwoju części doświadczonych osób, a potem traci ich zaangażowanie lub skłania je do wcześniejszego wyjścia z rynku pracy. Mentoring zamiast zawodowej ściany Brak możliwości awansu pionowego nie musi jednak oznaczać końca kariery. Badani, którzy doświadczyli ageizmu przy awansach, częściej deklarują gotowość do pełnienia funkcji mentora. Taka ścieżka pozwala wykorzystywać doświadczenie bez konieczności przechodzenia na kolejne stanowisko kierownicze. Pracownik może dzielić się wiedzą z młodszymi osobami i stopniowo ograniczać aktywność zawodową. Takie rozwiązania mogą być szczególnie istotne przy starzejącym się społeczeństwie i rosnących problemach firm z pozyskaniem pracowników. – Pracownicy po przekazaniu dotychczasowych obowiązków nie muszą od razu odchodzić z organizacji. Mogą płynnie przechodzić z ról wykonawczych do funkcji doradczych czy konsultacyjnych. To bardzo naturalny krok – mentoring powinien być traktowany jako pełnoprawna ścieżka kariery. Zyskują na tym wszyscy: młodsi pracownicy sprawniej przejmują unikalne know-how, a dojrzały zespół zyskuje pewność, że jego dorobek jest wciąż dla firmy kluczowy – tłumaczy Paweł Dziekoński, wiceprezes zarządu FAKRO. Do 2035 r. zabraknie milionów pracowników Demografia mocno podnosi stawkę całego problemu. Prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak ocenia, że do 2035 r. z polskiego rynku pracy odejdzie 3,8 mln osób, a wejdzie na niego 1,7 mln. Różnicy nie da się więc uzupełnić wyłącznie młodszymi rocznikami. Według ekspertki niedomknięcie tej luki może oznaczać spadek PKB rzędu 6-8 proc. Duże znaczenie ma też ciągłość zatrudnienia. Wśród osób, które stabilnie pracują po pięćdziesiątce, po ukończeniu 60 lat aktywnych zawodowo jest 69 proc. W grupie osób nieaktywnych już po 50. roku życia wskaźnik wynosi zaledwie 8 proc. Z tej perspektywy utrzymanie doświadczonego pracownika w firmie może być znacznie łatwiejsze niż próba ponownej aktywizacji osoby, która zdążyła już wypaść z rynku pracy. Ageizm może też kosztować prawnie Firmy ryzykują przy tym czymś więcej niż utratą wiedzy i zaangażowania. Brak jasnych, przejrzystych kryteriów awansu może prowadzić do zarzutów o dyskryminację ze względu na wiek. Są też przepisy dotyczące mobbingu, które wejdą w życie 5 listopada 2026 r. Większe znaczenie ma w nich uporczywość zachowań, czyli ich powtarzalny, nawracający lub stały charakter. Powtarzające się uwagi odnoszące się do wieku lub systematyczne marginalizowanie starszych osób mogą, zależnie od okoliczności, spełniać przesłanki mobbingu. Minimalne zadośćuczynienie za mobbing ma wzrosnąć do sześciokrotności minimalnego wynagrodzenia. Zatem ageizm w organizacji może przełożyć się też na ryzyko prawne i finansowe. 600 mld zł związanych z pokoleniem X Skala aktywności zawodowej pokolenia X jest duża także w ujęciu finansowym. Według wyliczenia przytoczonego w raporcie suma wynagrodzeń tej grupy oraz składek odprowadzanych za nią przez pracodawców przekracza 600 mld zł rocznie. Nie jest to ani koszt ageizmu, ani wartość PKB wytwarzana przez osoby w tym wieku. Kwota pokazuje skalę środków związanych z ich obecnością na rynku pracy. – Firmy coraz częściej mówią o trudnościach z pozyskaniem odpowiednich pracowników, a jednocześnie nie wykorzystują w pełni potencjału osób, które już mają w organizacji lub mogłyby zatrudnić. W przypadku pokolenia 45+ szczególnie łatwo popełnić błąd i uznać, że ich dalszy rozwój zawodowy będzie ograniczony. Tymczasem pomijanie tej grupy oznacza ograniczanie dostępu do kompetencji, których firmy potrzebują. Przy obecnych zmianach demograficznych firmy nie mogą sobie na to pozwolić – mówi Antonio Carvelli, wiceprezes zarządu Gi Group Poland. Przy malejącej liczbie osób wchodzących na rynek pracy ageizm i polityka wobec pracowników 45+ zaczyna więc wpływać na coś więcej niż atmosferę w firmie. Jeśli brak perspektyw zawodowych będzie skłaniał część tej grupy do wcześniejszego odejścia z pracy, przedsiębiorstwa mogą same pogłębiać niedobór kadr, z którym już próbują sobie radzić. Przeczytaj także: Zamiast emerytury – zmiana kariery. To coraz częstszy scenariusz dla osób 50+ CIT wynosi 19%, ale efektywna stawka podatkowa jest dwukrotnie większa. Rekord wśród grup z GPW Za dużo fabryk, za mało technologii. Europejska motoryzacja ma poważny problem Artykuł Metryka wygrywa z kompetencjami. Firmy same tracą doświadczonych ludzi pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
CIT wynosi 19%, ale efektywna stawka podatkowa jest dwukrotnie większa. Rekord wśród grup z GPW Średnia efektywna stawka podatkowa największych grup kapitałowych notowanych na GPW wzrosła w 2025 r. do 38 proc. i osiągnęła najwyższy poziom w historii badania Grant Thornton. Dla porównania nominalna podstawowa stawka CIT wynosi 19 proc. Różnica nie oznacza jednak, że każda badana grupa płaci fiskusowi podatek równy 38 proc. zysku – wynik jest średnią indywidualnych stawek obliczonych według metodologii raportu i mocno zależy m.in. od strat, odpisów oraz różnic między wynikiem księgowym i podatkowym. Trend jest jednak wyraźny. W 2022 r. średnia efektywna stawka podatkowa wynosiła 28 proc., rok później 30 proc., w 2024 r. 33 proc., a teraz doszła do 38 proc. W pierwszej połowie badanego okresu, czyli w latach 2012-2018, średnia wynosiła nieco ponad 22 proc. W kolejnych siedmiu latach przekroczyła już średnio 32 proc. Efektywna stawka podatkowa: skąd 38 proc.? Efektywna stawka podatkowa, w skrócie ESP, pokazuje relację obciążenia podatkiem dochodowym do wyniku brutto. Grant Thornton najpierw oblicza ją osobno dla każdej analizowanej grupy, a później wyciąga średnią arytmetyczną. Każda grupa ma więc taką samą wagę – niezależnie od tego, czy wypracowała kilka, czy kilkanaście miliardów złotych wyniku. To ważne, bo spojrzenie na sumę wszystkich wyników daje inny obraz. Łączny zysk brutto badanych grup wzrósł w 2025 r. do blisko 99 mld zł z niespełna 93 mld zł rok wcześniej, podczas gdy nominalna kwota podatku była zbliżona do poziomu z 2024 r. Gdyby podzielić łączny podatek przez łączny wynik, obciążenie wyniosłoby około 32 proc., wobec około 37 proc. rok wcześniej. Skąd więc rekordowe 38 proc.? W 2025 r. dwukrotnie zwiększyła się liczba grup wykazujących straty, które dodatkowo obciążał podatek dochodowy. W metodologii raportu takie przypadki otrzymują skrajną wartość 100 proc. ESP. Jednocześnie większe grupy mają zwykle niższe efektywne stawki, ale w średniej nie dostają większej wagi niż mniejsze podmioty. Autorzy badania wymieniają też kilka innych przyczyn: trwałe różnice między wynikiem bilansowym i podatkowym, odpisy aktualizujące, których nie można rozliczyć podatkowo, oraz brak możliwości wykorzystania części aktywów z tytułu podatku odroczonego, np. związanych ze stratami lub ulgami. Rekordowy wynik nie był więc skutkiem jednego zdarzenia czy problemu jednej branży, lecz nałożenia się kilku zjawisk. – Wzrost rentowności największych grup kapitałowych nie przełożył się na obniżenie średniej efektywnej stopy opodatkowania. Wręcz przeciwnie, średni poziom opodatkowania utrzymuje się znacząco powyżej nominalnej stawki CIT. Źródeł takich wyników jest wiele, są one złożone i z pewnością nie należy wysnuwać wniosków w oparciu o dane jednej grupy za jeden rok obrotowy – komentuje Grzegorz Szysz, doradca podatkowy, radca prawny i partner zarządzający Grant Thornton Legal Szysz. Grupy z sWIG80 pod większą presją Najmocniej wzrost obciążeń widać w grupach związanych z indeksem sWIG80. Ich średnia ESP skoczyła w 2025 r. z 36 do 43 proc. i była najwyższa w historii tej kategorii. To o 13 pkt proc. więcej niż w przypadku grup z WIG20. W WIG20 stawka wzrosła znacznie słabiej – z 28 do 30 proc. Grupy z mWIG40 zanotowały natomiast niewielki spadek z 30 do 29 proc. Grant Thornton tłumaczy wysoki wynik sWIG80 większą skalą zdarzeń podbijających efektywną stawkę: odpisów aktualizujących, trwałych różnic podatkowych, nierozpoznanych aktywów związanych ze stratami oraz ograniczeń dotyczących podatku odroczonego. Podobne mechanizmy występowały w większych grupach, ale ich łączny wpływ był słabszy. Państwowe nadal płacą więcej Trzeci rok z rzędu wyższą średnią ESP zanotowały grupy kontrolowane przez państwo. W 2025 r. wyniosła ona 45 proc., choć spadła z 54 proc. rok wcześniej. W grupach prywatnych stawka poszła w przeciwną stronę: wzrosła o 7 pkt proc., do 37 proc. Autorzy raportu wiążą część tej różnicy ze strukturą branżową. Państwo jest mocno obecne w kapitałochłonnych i regulowanych sektorach, gdzie częściej występują duże różnice między wynikiem księgowym a podatkowym oraz jednorazowe zdarzenia obciążające rezultat. Podobne zjawiska coraz silniej pojawiają się także w grupach prywatnych, dlatego różnica między obiema kategoriami się zmniejszyła. Podobny podział widać przy pochodzeniu kapitału. Grupy z dominującym kapitałem krajowym osiągnęły w 2025 r. średnią ESP na poziomie 39 proc., wobec 34 proc. rok wcześniej. W grupach z przewagą kapitału zagranicznego wskaźnik zwiększył się z 31 do 32 proc. Różnica między obiema kategoriami wzrosła więc do 7 pkt proc. Sam kraj pochodzenia kapitału nie przesądza jednak o wysokości obciążeń. Według autorów raportu większe znaczenie mają skład badanej grupy oraz konkretne zdarzenia wpływające na wynik podatkowy poszczególnych firm. Energetyka na jednym końcu, gaming na drugim Kolejne różnice wychodzą przy podziale sektorowym. W całym okresie 2012-2025 najwyższą średnią ESP miała energetyka – 36 proc. Po 32 proc. zanotowały branża odzieżowa i obuwnicza oraz sektor paliwowy, a chemia osiągnęła około 31 proc. Na drugim końcu zestawienia znalazły się gaming ze średnią stawką 11 proc. oraz deweloperzy z wynikiem 18 proc. Były to jedyne analizowane branże, które w całym okresie znalazły się poniżej nominalnej stawki CIT wynoszącej 19 proc. Rozpiętość między energetyką a gamingiem sięgnęła aż 25 pkt proc. Niższe obciążenia łączą się m.in. z większą możliwością korzystania z preferencji podatkowych, takich jak ulga B+R czy IP Box. Z kolei w sektorach kapitałochłonnych i regulowanych większą rolę odgrywają wysokie nakłady, odpisy oraz różnice między rachunkowością i podatkami. Firmy szukają sposobów na niższe obciążenie Rosnąca efektywna stawka podatkowa sprawia, że większego znaczenia nabierają rozwiązania pozwalające rozliczać podatki na poziomie całej grupy, zamiast osobno w każdej spółce. Jednym z nich jest Podatkowa Grupa Kapitałowa, czyli PGK. Pozwala kilku spółkom rozliczać CIT wspólnie i kompensować straty jednych podmiotów dochodami innych. Liczba aktywnych PGK rośnie od 2021 r. Wtedy było ich 56, natomiast na koniec 2025 r. już 117. Dynamika jednak wyhamowała: po wzroście o 20 proc. w 2024 r. ostatni rok przyniósł wzrost o 5 proc. Raport pokazuje skalę możliwej różnicy na uproszczonym przykładzie trzech spółek. Jedna osiąga 20 mln zł dochodu, a dwie pozostałe ponoszą łącznie 14 mln zł strat. Bez PGK pierwsza spółka zapłaciłaby 3,8 mln zł CIT, co w relacji do 6 mln zł wyniku całej grupy dawałoby ponad 63 proc. efektywnego obciążenia. Po utworzeniu PGK dochód do opodatkowania wyniósłby 6 mln zł, a CIT 1,14 mln zł, czyli 19 proc. Grupy VAT wciąż są niszą Jeszcze mniej popularne są Grupy VAT. Według danych Ministerstwa Finansów przytoczonych w raporcie 14 września 2026 r. zarejestrowane były 73 takie grupy, z czego 58 aktywnych. To niewiele na tle ponad miliona podatników VAT. Grupa VAT pozwala kilku powiązanym podmiotom rozliczać podatek jako jeden podatnik. Transakcje między członkami nie podlegają wtedy VAT, a nadwyżki podatku naliczonego można rozliczać w ramach całej grupy, co może poprawić przepływy pieniężne. Na przykładzie opisanym w raporcie dwie spółki – jedna świadcząca usługi medyczne zwolnione z VAT, druga zapewniająca jej wsparcie – po utworzeniu Grupy VAT mogłyby poprawić efektywność rozliczeń o 1,8 mln zł rocznie. Przed zmianą spółka usługowa naliczała 2,3 mln zł VAT, którego spółka medyczna nie mogła odliczyć, choć jednocześnie sama odliczała 0,5 mln zł podatku od własnych zakupów. Po utworzeniu grupy oba te przepływy zniknęłyby. – Podatkowa Grupa Kapitałowa to rozwiązanie stosunkowo proste w zastosowaniu, a mimo to wciąż rzadko wykorzystywane. Wzrost zainteresowania widoczny w ostatnich latach jest zauważalny, ale statystyka przychodów pokazuje wyraźnie, że po PGK sięgają przede wszystkim największe grupy kapitałowe – mówi Natalia Kamińska-Kubiak, doradca podatkowy i senior menedżer w Grant Thornton Legal Szysz. Raport ostrzega przed prostymi wnioskami Badanie objęło 150 podmiotów. Dane za 2025 r. pochodzą ze skonsolidowanych raportów finansowych spółek z WIG20 i mWIG40 według składu na koniec marca 2026 r. oraz podmiotów z sWIG80, w tym części firm obecnych w poprzednich edycjach, które później wypadły z tych indeksów. Autorzy sami przestrzegają przed traktowaniem wyniku jako prostego miernika obciążeń całej gospodarki. Próba obejmuje duże giełdowe grupy, jej skład zmienia się między latami, a na wynik wpływają różne zdarzenia księgowe i podatkowe. Ważniejszy od jednego odczytu jest więc kierunek zmian obserwowany od wielu lat. – Na pierwszy rzut oka wyniki badania efektywnej skali opodatkowania grup kapitałowych na GPW za rok 2025 wyglądają alarmująco: średnia stawka podatkowa wzrosła do 38 proc., względem średniej za poprzednie 5 lat na poziomie 32 proc. Warto jednak pamiętać, że próba, na której dokonywane są obliczenia, jest stosunkowo wąska, pomiędzy poszczególnymi latami skład spółek się zmienia, zaś na taki wynik składa się wiele różnych typów wydarzeń ekonomiczno-podatkowych w samych spółkach. Nie należy więc wyciągać zbyt pochopnych ani zbyt daleko idących wniosków z samej tej liczby i jej wzrostu w 2025 roku – komentuje dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton. Przeczytaj także: Polskie BIZ spadły o niemal połowę, ale firmy wcale nie uciekają z zagranicy Za dużo fabryk, za mało technologii. Europejska motoryzacja ma poważny problem Chcesz odroczyć spłatę pożyczki? Najpierw zapłać za raport. UOKiK nałożył 2,6 mln zł kary Artykuł CIT wynosi 19%, ale efektywna stawka podatkowa jest dwukrotnie większa. Rekord wśród grup z GPW pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
Za dużo fabryk, za mało technologii. Europejska motoryzacja ma poważny problem W 2024 roku Międzynarodowy Salon Samochodowy w Paryżu, codwuletnia impreza poświęcona motoryzacji, odnotował udział chińskich wystawców na poziomie 23 proc. W tym roku stanowią już połowę wystawców, głównie kosztem europejskich producentów, których udział spadł z 68 proc. w roku 2024 i 2022 do 40 proc. obecnie. Europejska branża motoryzacyjna ogranicza obecność, bo tnie koszty, a Chińczycy wykorzystują międzynarodową imprezę do zwiększania rozpoznawalności i ekspansji na Starym Kontynencie. To wyraźna zmiana sił w światowym układzie. Już teraz co dziesiąte rejestrowane w Europie nowe auto pochodzi z Chin. W przypadku samochodów całkowicie elektrycznych (BEV) udział tych producentów wynosi 16 proc., a wśród hybryd plug-in – 26 proc. Co ważne, rynek rośnie, bo do sierpnia liczba rejestracji samochodów zwiększyła się o 5 proc. W tym samym czasie imponująco wzrosła też sprzedaż BEV – o blisko 45 proc. i obecnie stanowią około 22 proc. rynku, zrównując się z udziałem samochodów benzynowych. Europa przespała technologiczny wyścig Zdaniem ekspertów Allianz Trade europejscy producenci samochodów za mało inwestowali w nowoczesne technologie, bo skupiali się na chronieniu tradycyjnego biznesu i bieżących marż. W efekcie przegrywają wyścig. Unia Europejska stawiała przed przemysłem ambitne cele polityki klimatycznej, ale obecnie rozważa złagodzenie części wymogów. Zmiany miałyby objąć kary związane z emisjami oraz ograniczenie do 90 proc. celu dotyczącego samochodów bezemisyjnych w 2035 r. Choć takie zmiany dadzą oddech producentom nieprzygotowanym na tempo transformacji, to bez wiążącego planu inwestycji nie poskutkuje to zmniejszeniem technologicznego dystansu. Zdaniem Allianz Trade obecnie europejska motoryzacja potrzebuje przyspieszenia inwestycji w nowe technologie. Jest też druga przyczyna niekorzystnej sytuacji branży w Europie. Przez 20 lat firmy finansowały utrzymanie platform samochodów spalinowych i ochronę bieżących marż. Zbyt późno zaczęły kierować odpowiednio duże środki na elektromobilność, oprogramowanie i nowe technologie produkcji. Allianz Trade zwraca uwagę, że branża motoryzacyjna w Europie nie zawsze miała kompetencje na późniejsze projekty cyfrowe, więc pochłaniały one więcej czasu i pieniędzy. Dodatkowym obciążeniem okazały się wielomiliardowe kary związane z silnikami Diesla i odpisy od nietrafionych inwestycji. Teraz producenci samochodów ograniczają nakłady inwestycyjne o jedną piątą, najmocniej od 2018 roku. Tymczasem duże firmy z innych branż zwiększają je o 10 proc. Problemem jest też nierównomierne zainteresowanie elektromobilnością. Choć we Francji i Niemczech udział BEV w rynku wynosi odpowiednio 30 i 26 proc., to we Włoszech, Hiszpanii czy Stanach Zjednoczonych znajduje się na poziomie poniżej 10 proc. Dzisiejsze problemy z ograniczaniem inwestycji w elektromobilność oznaczają większe prawdopodobieństwo, że będziemy w tyle również w kwestii autonomicznej jazdy. Branża motoryzacyjna musi inwestować długoterminowo w nowe technologie, ale pogodzić się ze słabszym popytem w części krajów. Producenci samochodów tracą rynek, fabryki stoją niewykorzystane Od 2021 r. trzej giganci niemieckiej motoryzacji stracili 10 pkt proc. udziału w europejskim rynku i 7 pkt proc. w Chinach. Spadła wartość wytwarzana w Europie w przeliczeniu na jeden samochód – w I półroczu 2026 r. była o 30-45 proc. niższa niż w latach 2021-2022. W Chinach ten spadek nie przekroczył 20 proc. Sytuacja nie wygląda kolorowo. Zdaniem Allianz Trade, jeśli europejscy producenci nadal będą tracić udziały w rynku, do 2030 r. wartość dodana wytwarzana przez branżę może się skurczyć o kolejne 3 mld euro. W Europie mamy też za dużo fabryk samochodów. W 2023 r. wykorzystywały przeciętnie około 60 proc. swoich mocy. Efekt? Ponoszą wysokie koszty stałe, a przychody nie zawsze są w stanie je pokryć. Do tego dochodzi utrzymywanie przez producentów zbyt wielu odrębnych platform dla samochodów spalinowych, elektrycznych i hybryd. To, zdaniem Allianz Trade, rozprasza produkcję i ogranicza korzyści skali. Co można zrobić, żeby powstrzymać dalsze spadki wartości wytwarzanej przez europejski przemysł motoryzacyjny? Allianz Trade uważa, że trzeba by było zredukować nadmierne moce o około 10 proc. Powrót do marż EBITDA z 2021 r. wymagałby ograniczenia ich nawet o 20-25 proc. Nie chodzi tylko o zamykanie zakładów, ale o wykorzystanie części wolnych mocy produkcyjnych oraz kompetencji w produkcji precyzyjnej, elektronice i integracji systemów na potrzeby przemysłu obronnego. To mogłoby pomóc utrzymać część miejsc pracy i zwiększyć zdolności produkcyjne firm z sektora obronności. Baterie zmieniły układ sił w motoryzacji W samochodzie spalinowym silnik i podwozie odpowiadają za 35-45 proc. jego wartości. W pojazdach elektrycznych 50-60 proc. wartości przypada na baterię i oprogramowanie, które są produkowane głównie przez przedsiębiorstwa azjatyckie. Konkurenci z Azji mają większą skalę produkcji, doświadczenie technologiczne i lepszy dostęp do surowców. Gdyby wprowadzono wymóg stosowania komponentów wytworzonych w Europie, można byłoby zachować część miejsc pracy, ale jednocześnie zwiększyłoby to koszt samochodu. Mówimy tu o kwocie około 2 tys. euro, czyli około 5 proc. ceny detalicznej. I mimo tych nakładów europejskie fabryki byłyby w stanie do 2035 r. zaspokoić tylko połowę regionalnego zapotrzebowania na baterie. Obecne plany zakładają, że ponad 70 proc. technologii bateryjnych rozwijanych na Starym Kontynencie nadal będzie kontrolowanych przez azjatyckie firmy. Wniosek? Europejska branża motoryzacyjna powinna się koncentrować na tych elementach łańcucha, które nie wymagają odtwarzania całego procesu produkcyjnego. Allianz Trade wymienia tu m.in. projektowanie systemów bateryjnych, oprogramowanie do zarządzania baterią i własność intelektualną. Te obszary są mniej kapitałochłonne, ale zapewniają wysoką wartość dodaną. Ważny będzie też recykling, bo wzrost liczby baterii wycofywanych z rynku pozwoli na odzysk surowców, a to z kolei ograniczy zależność od importu. Europa musi wybrać, gdzie chce konkurować Istnieją też obszary, które mogłyby być kosztowne lub czasochłonne, by budować je od podstaw w Europie. Dlatego Allianz Trade sugeruje, że powinniśmy przyciągać inwestycje azjatyckich producentów baterii i półprzewodników oraz wspólnie rozwijać badania i technologie. Chodzi o to, by rodzimi specjaliści budowali kompetencje projektowe i technologiczne. To pozwoliłoby na zatrzymanie większej części wartości powstającej w nowych pojazdach. Europejskie koncerny powinny też częściej wspólnie finansować rozwój systemów operacyjnych, technologii autonomicznej jazdy czy chemii baterii, dzieląc między sobą koszty i ryzyko. Duże znaczenie ma realistyczna ocena przyszłego udziału w rynku. Firmy muszą też ustalić warunki wycofania się z projektów, jeśli okażą się bezowocne lub nieefektywne. Allianz Trade zaleca też ograniczenie liczby platform, co pozwoli na obniżenie kosztów rozwoju, uproszczenie produkcji i zwiększenie wolumenu samochodów przypadających na jedną platformę. Zdaniem ekspertów to szczególnie ważne, bo BEV mogą stać się dominującym segmentem europejskiego rynku jeszcze przed końcem tej dekady. Samochody elektryczne tanieją, obniża się całkowity koszt użytkowania, a dotacje jeszcze bardziej podbijają ich atrakcyjność. W ciągu najbliższych lat rozwinie się segment używanych aut elektrycznych, bo firmy będą wymieniać obecne już zelektryfikowane floty. Nie chodzi o to, by rywalizować z liderami Chin i Stanów Zjednoczonych. W części kluczowych technologii, zwłaszcza związanych z bateriami i oprogramowaniem, mają dziś wyraźną przewagę nad Europą. Europejska branża motoryzacyjna może koncentrować się na technologiach, gdzie zbuduje własną przewagę: baterie ze stałym elektrolitem, recyklingu, projektowaniu półprzewodników, infrastrukturze AI i autonomicznym transporcie oraz logistyce. Dodatkowo producenci samochodów może też produkować dla firm z dziedziny obronności i technologii dual-use. Polecamy także: Polskie BIZ spadły o niemal połowę, ale firmy wcale nie uciekają z zagranicy Małpki z kaucją, branża z rachunkiem. Rozszerzenie systemu może kosztować 2 mld zł Zielona logistyka to nie tylko elektryczne ciężarówki. Branża szuka oszczędności tu i teraz Artykuł Za dużo fabryk, za mało technologii. Europejska motoryzacja ma poważny problem pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.